czwartek, 5 listopada 2015

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - Obowiązki ....





            Od dłuższego czasu towarzyszyły mi pewne przemyślenia dotyczące „obowiązków”... każdy z nas ma jakieś obowiązki, z których musi się wywiązywać. Ale właśnie moje przemyślenia skupiają się nad tym co jest obowiązkiem, a co nim nie jest. Często mówi się o obowiązkach opiekunów psów, że biorąc pod swój dach istotę żywą musimy zastanowić się nad większą ilością obowiązków z tym związanych. I tu pojawia się mój problem – bo wszystko to co związane jest z moim psem, ale również wszystkimi innymi istotami żywymi (bez względu na ilość nóg) bliskimi mojemu sercu – nie stanowi dla mnie „obowiązku”. Może moje myślenie jest pokręcone – ale słowo to zawsze będzie miało dla mnie negatywne konotacje: obowiązek szkolny, podatkowy, opłaty ZUS, ubezpieczenia... kiedyś niektórzy może pamiętają „obowiązkowa służba wojskowa”, a jeszcze starsi obowiązkowe dostawy płodów rolnych... i tak wymieniać można byłoby w nieskończoność. Jeżeli miałabym stworzyć definicję słowa „obowiązek” to dla mnie byłaby to czynność, którą muszę wykonać pod pewnym przymusem, ale która nie sprawia mi przyjemności – mimo, że zdaje sobie sprawę, że niektóre są konieczne. Np. nikt nie lubi płacić podatku, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że Państwo nie mogłoby bez niego funkcjonować. Wracając teraz do przykładowych psów – czy jako przymus mam traktować fakt, że dbam o komfort życia mojego przyjaciela?? Przecież zakup, adopcja czy jakakolwiek inna forma zabrania pod swój dach psa wynika z naszej dobrowolnej decyzji. Nikt nam nie każe przygarnąć psa – wówczas spacery, karmienie, zabawa i pielęgnacja byłyby obowiązkiem, ale w innym przypadku wszystkie te czynności (lub prawie wszystkie) powinny sprawiać nam mniejszą lub większą przyjemność. Choćby sam  fakt, że sprawiliśmy radość istocie, którą przynajmniej lubimy. Ostatnio zapytałam znajomego, któremu jakiś czas temu umarł pies czy będą brać kolejnego. Stwierdził, że się zastanawiają bo tyle  z tym problemów, nie można wyjechać wspólnie na wakacje, spacery, karmienie itp. Trudno było mi to zrozumieć, bo nie postrzegam mojego psa w tych aspektach – na wakacje wyjeżdża razem z całą moją rodziną (może czasem jest więcej pracy, aby znaleźć dogodne miejsce – ale czy trochę wysiłku umysłowego komuś zaszkodziło?), posiłek przygotowuje dla siebie i rodziny czyli również dla mojego psa (tyle, że on je mięso, a my nie) – nie widzę w tym żadnego problemu.
Najważniejsze w życiu to znaleźć bratnią duszę...
Niestety takie same odczucia mam w przypadku stwierdzenia: „ile przy dzieciach jest obowiązków”, „mam starych rodziców, to taka masa obowiązków”... dzieci nie mam, ale gdybym je posiadała nie mogłabym traktować opieki i troski nad nimi jako obowiązku porównywalnego z płaceniem podatku czy składki ZUS... To samo w przypadku starzejących się czy chorych rodziców – jak można powiedzieć, że opieka nad ukochanym rodzicem, który przez tyle lat troszczył się o nas jest naszym „obowiązkiem”. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem – takie zachowanie jak troska, opieka nad osobami najbliższymi powinna wypływać z głębi naszego serca, być podyktowana miłością,  a nie  przymusem. Dla wszystkich tych, którzy uważają, że opieka nad starzejącą się np. matką jest „przykrym obowiązkiem” – krótkie przesłanie - chciałabym mieć taki „przywilej”.
Czy opiekę nad ukochanymi istotami można traktować jak "obowiązek"??

Podsumowując uważam, że nigdy nie powinno się traktować czynności związanych z opieką czy troską nad istotami, które się kocha jako „obowiązku”. A jak Wy postrzegacie „obowiązki”???

poniedziałek, 5 października 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - "Dietetyczny" tort czekoladowy...




Chcę się podzielić przepisem dla prawdziwych łasuchów. Wszyscy lubią torty czekoladowe, ale nie wszyscy sie do tego przyznają. Nie dodaje się do niego mąki - i niech to nikogo nie zwiedzie, nie jest dietetyczny. To prawdziwa bomba kaloryczna - znakomita po intensywnym wysiłku fizycznym, aby dojść do siebie przed właściwym posiłkiem, oczywiście malutki kawałek. Mimo to jest naprawdę smaczny i wart grzechu nawet dla osób liczących kalorie. Można też zastosować taktykę odwrotną, tzn. najpierw jemy, a potem spalamy kalorie - jeden kawałek to 5km biegu- ale warto.

Składniki:

- 25 dkg gorzkiej czekolady

- 25 dkg orzechów włoskich

- 20 dkg masła bez soli (może być margaryna)

- 20 dkg cukru

- 4 jajka

- 1 łyżeczka proszku do pieczenia

Ilości składników podane są na standartową tortownicę o średnicy 25cm, wtedy ciasto jest dość niskie co zapobiega powstaniu zakalca.

Przystępujemy do działania. Na początek masło i 15 dkg cukru ucieramy w malakserze aż składniki się połączą, nie trzeba zbyt długo. Do masy dodajemy żółtka i dalej ucieramy na średnich obrotach. Na razie tą część można odstawić w chłodne miejsce, ale nie do lodówki.

Na tym etapie można już podłączyć piekarnik, aby nagrzał się do temperatury 180 stopni.

 Teraz czas zająć się czekoladą. Najlepiej jest zetrzeć ją na tarle, ale to dość niewdzięczne zajęcie, a na dodatek palce mogą nie być już takie ładne. Osobiście stosuje metodę siekania w malakserze nożem do rozdrabniania. Orzechy można zetrzeć w specjalnym młynku do orzechów - tak zrobią kulinarni "talibowie".  Jednak trzeba sobie ułatwiać życie, więc po wysypaniu czekolady na jej miejsce wsypujemy orzechy, po uprzednim sprawdzeniu czy nie ma kawałków łupin. Jeśli ktoś ma w rodzinie stomatologa może tego nie robić. Rozdrobnione orzechy i czekoladę odstawiamy na bok. Pamiętajmy, aby czekoladę i orzechy posiekać bardzo drobno, to trwa chwilę i niestety nie jest czynnością cichą, zwłaszcza kawałki czekolady tłuką się w maszynie niemiłosiernie, lepiej nie robić tego w nocy, chyba że mamy wyrozumiałych sąsiadów.

Teraz z białek ubijamy na sztywno pianę.

Do utartego masła z cukrem i żółtkami dodajemy pozostałe 5 dkg cukru i pianę. Tym razem mieszamy całość na najmniejszych obrotach albo ręcznie, aby piana nie opadła. Czas na domieszanie czekolady, orzechów i proszku do pieczenia, kręcimy również na małych obrotach albo "łapą".

Tortownicę smarujemy masłem lub margaryną i koniecznie wysypujemy ją bułką tartą. Wlewamy ciasto i pieczemy przez około 40 minut. Najlepiej od razu przykryć od wierzchu podwójnie złożonym papierem do pieczenia, ponieważ czekolada zacznie się przypalać i trochę może się dymić. Zawsze jest bardzo ciemne na wierzchu, więc nie ma sie co przejmować - nie jest przypalone, taki jego urok. Rada dla estetów, aby ładnie wyglądało, gdy wystygnie można posypać cukrem pudrem lub kakao zmieszanym z cukrem pudrem.      

Smacznego - łasuchy wszystkich krajów łączcie się!

czwartek, 1 października 2015

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - "Jeśli dogtrekking to tylko w Zdyni w Beskidzie Niskim "




      Wrześniowe wakacje mają swój niepowtarzalny urok - wyjeżdżasz z Krakowa w upalne lato - w górach wita Cię piękna zieleń, a po dwóch tygodniach żegna Cię feeria barw. Drzewa przybrały barwy od żółci, przez lekki pomarańcz, aż po głęboką czerwień - niczym korale, które kupiłam sobie w schronisku na Magurze Małastowskiej.

            Zdecydowanie niższe temperatury skłoniły nas do ruszenia w Beskid Niski - wybór mógł być tylko jeden. To cudowne miejsce szczególnie, jeżeli ktoś lubi samotne wędrówki z psem po prawie całkowicie pustych szlakach (bez zakazów wstępu z czworonogiem).
          

        Po kilku dniach w czasie, których organizowaliśmy Uziemu krótkie wycieczki, aby złapał trochę kondycji (niestety bardzo upalne lato sprawiło, że jego aktywność musiała być ograniczona prawie do niezbędnego minimum - zero biegania czy chodzenia po górach) - przyszedł czas na prawdziwą "wyprawę" dogtrekkingową.






TRASA: Zdynia - Popowe Wierchy - Jasionka - Wołowiec (takie było założenie) - i z powrotem. (W sumie miało być około 20 km - wyszło 17,59 km).


Start -  Zdynia tutaj mieliśmy swoją "bazę" w ośrodku u cudownej p. Zosi Szarawary, która wraz z p. Sabiną dbały o to aby dwa "glonojady" nie umarły z głodu. Specjalnie tylko dla naszej dwójki gotowały przepyszne obiadki wegetariańskie - ruskie pierogi, naleśniki z białym serem i borówkami i cała reszta palce lizać. A nasz Uzi mógł liczyć na wołowinę gotowaną na piecu :-).

    



  Wracając do wycieczki - ze Zdyni ruszyliśmy czerwonym szlakiem (Główny Beskidzki Szlak) w kierunku Popowych Wierchów i dalej w stronę Jasionki. Plan był taki, aby dojść aż do Wołowca. Jednak z planami już tak jest, że mijają się z rzeczywistością. Do Jasionki wyprawa przebiegała bez zakłóceń - Uzi był w świetnej formie i miejscami musieliśmy go powstrzymywać bo chciał zamienić dogtrekking w canicross :-). Na przepięknych łąkach zrobiliśmy krótki postój - pojenie Uzisia oraz tzw. "chwilka dla fotoreportera". Sarny pokazały nam jak powinno się biegać po górach :-).


Niespodzianka czekała nas po minięciu pięknej kapliczki i przekroczeniu asfaltu w Jasionce. Najpierw ledwo uniknęliśmy przygniecenia upadającym drzewem (tak na około 70 letnim) - drzewo przeleciało około 4 metry od nas. To takie małe ćwiczenie refleksu ;-). Potem musieliśmy brnąć w błocie prawie po kolana i unikać rozjechania przez maszyny pracujące przy wycince. Gdy wyszliśmy na "suchy" i bezpieczny ląd mogliśmy nareszcie cieszyć się marszem. Nasza radość nie trwała jednak zbyt długo - nagle piękna górska ścieżka zamieniła się w prawdziwą "autostradę" - tak, tak teraz góry się "ulepsza" budując drogi tak szerokie, że chciałabym aby takie były moje osiedlowe uliczki. To jeszcze tzw. "pikuś", ale wysypywanie ich tłuczniem drogowym to już lekka przesada. Nie wiem po co takie "ulepszenia" bo raczej nie dla turystów - im więcej naukowcy mówią o katastrofalnym stężeniu CO2, o negatywnym wpływie fragmentaryzacji krajobrazu, zakłóconych szlakach migracyjnych, tym częściej w Polsce podejmuje się działania powodujące pogorszenie się tego stanu. Miałam nadzieję, że choć Beskid Niski uniknie losu Gorców ze szczytem Lubania na czele to jednak i tu mamy do czynienia z decyzjami delikatnie mówiąc chybionymi ;-(.

Podłoże po jakim musieliśmy się poruszać wpłynęło na decyzję o wycofaniu się jakieś 2 km od Wołowca. Nam w grubych butach górskich nic się nie działo, ale baliśmy się o opuszki w łapkach Uziego. Widać było, że marsz nie sprawiał mu już takiej frajdy jak wcześniej. Za wszelką cenę próbował iść tak aby unikać ostrych kamieni. Tutaj mała dygresja dla osób zaczynających swoją przygodę z dogtrekkingiem. Zawsze należy obserwować zachowanie swojego psiego towarzysza i w odpowiedni sposób reagować na każdą zmianę. Czasem trzeba diametralnie zmienić swoje plany, schować do kieszeni ambicje, gdy pojawi się zmęczenie lub trasa nas czymś zaskoczy.

            Wracając zaczęliśmy się zastanawiać jak ominąć teren  wycinki - drugi raz może się nam już  nie udać ;-). Wybór padł na szeroką drogę (w pewnym momencie na szczęście kamienie się kończyły), którą mieliśmy nadzieję dojść do asfaltu w Jasionce. Po przejściu około 1,5 km i jednak skorygowaniu wskazań GPS z mapą - wersja papierowa - uznaliśmy, że to nie jest dobry pomysł. Woleliśmy zaryzykować przyjęcie na główkę drzewa niż nadłożenie i to asfaltem ponad 10 km. Wniosek - nigdy nie wierzcie elektronice ;-).

        Spadające drzewa udało się ominąć pobliskimi łąkami i znów byliśmy w uroczej Jasionce. Tym razem zrobiliśmy dłuższy postój: gotowanie herbatki, kanapki i mała przekąska dla Uziego. Dłuższy postój był szczególnie ważny dla czterołapa, który jakby na to nie patrzeć w lipcu skończył 12 lat. Gdy wszyscy byliśmy najedzeni i napojeni ruszyliśmy spokojnie w drogę powrotną. Tutaj można było już lecieć na tzw. "autopilocie". Uzi nigdy nie zgubi szlaku - wystarczy, że raz przejdzie jakąś trasę i zapamięta ją ze szczegółami. My czasem mamy wątpliwości, gdzie skręcić - on się nigdy nie myli. Jego "wewnętrzny GPS" jest bardzo przydatny szczególnie w terenie, gdzie zdarza się jak, to napisali Grzesik i in. w Przewodniku "Beskid Niski. Od Komańczy do Wysowej" tzw. "obłąkańcze znakowanie szlaku". Nie, żebym narzekała to jest właśnie jeden z wielu uroków tego terenu - nic nie dostajesz na przysłowiowym talerzu. Poza znakomitym obiadem, który czekał na nas w Zdyni- p. Sabinka przygotowała pyszną zupkę pomidorową z domowymi kluseczkami oraz specjalnie dla nas ulepiła pierogi z borówkami - mniam mniam.

            Mimo kilku przygód i konieczności zmiany planów wyprawa była bardzo udana.

Szlaki są tu może kiepsko oznakowane, mało jest tu schronisk, trasy puste i łatwiej tu spotkać niedźwiedzia czy wilka niż turystę, ale za to właśnie kocham Beskid Niski.



poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sport, turystyka... po co to komu????




Podobno nie ma głupich pytań, tylko są głupie odpowiedzi. I tutaj jest wyjątek, jak zresztą zawsze, od każdej zasady taki wyjątek się znajdzie. Bo jak udzielić odpowiedzi na pytanie: po co idziecie w góry - przecież to wszystko można zobaczyć w internecie, wejdziecie na szczyt tylko po to, żeby zaraz z niego zejść, tam przecież nie ma nic ciekawego, można jechać w miejsce, gdzie da się dojechać samochodem... Co odpowiedzieć aby nie użyć szablonowych określeń w rodzaju: chce się zmierzyć z górą (to w przypadku tych wyższych, w Gorcach to zabrzmiałoby co najmniej śmiesznie), obcować z przyrodą, podziwiać widoki, przebywać na świeżym powietrzu...
 
 
Choć to wszystko prawda, ale nie brzmi przekonująco. Zadający i tak nie zrozumie powodów dla, których chodzimy po górach. Można odpowiedzieć żartem, lub nie udzielić żadnej odpowiedzi, ale opcja druga jest raczej mało kulturalna. Żartobliwa odpowiedź jak choćby: lubię drapać się tam gdzie mnie nie swędzi, idę żeby zjeść śniadanie na szczycie ponieważ na większych wysokościach mam lepszy apetyt, lubię chodzić na dół ale żeby to zrobić trzeba najpierw wejść na górę, mogą się sprawdzić lecz tylko na pierwszym etapie rozmowy lub wtedy gdy przeciwnik nie jest nazbyt dociekliwy. Takie argumenty nikogo nie przekonają, że to co robimy ma jakikolwiek sens. W tym miejscu trzeba postawić kilka zasadniczych pytań, a pierwsze z nich to pytanie o alpinizm i himalaizm.
 
Ludzie ryzykują życie, a wielu z nich ginie, po to żeby wyspinać się na szczyt, na którym była już cała masa  innych ludzi. Większość powiela nawet drogę na szczyt, w końcu ich też jest ograniczona ilość. Odpowiedź jest prosta: to się nazywa pasja. Zrozumie to każdy kto takową posiada, niezależnie jaka by nie była, od sportów wyjątkowo ekstremalnych do przysłowiowego zbierania znaczków - filateliści nie mają się co obrażać, jako dziecko też zbierałem znaczki, potem poszedłem w innym kierunku.

 
Takie rozważania można posunąć jeszcze dalej, a mianowicie do sportu zawodowego - pomijając kwestie finansowe. Czy 22-uch dorosłych mężczyzn uganiających się po kawałku trawnika za jedna piłką nie jest, z pewnego punktu widzenia, kuriozalne? Na dodatek płacą im za to tak ogromne pieniądze, że każdy z nich może sobie kupić tysiące takich piłek, więc po co zabierać ją innym. To oczywiście nie jest moje zdanie na temat sportu, ale są ludzie podważający zasadność finansowania zawodowego sportu, argumentując iż jest on nikomu do niczego nie potrzebny, a pochłania olbrzymie pieniądze. Gdybyśmy zaczęli tak na poważnie podchodzić do rzeczy pozornie niepotrzebnych to prawie nic nie zostanie prócz dachu nad głową, pokarmu i względnego bezpieczeństwa.
 

 
Czy powinniśmy się cofnąć do epoki neandertalczyka? Wszystko poza tym co niezbędne do przeżycia, w zasadzie nie jest potrzebne, ale to czyni z nas ludzi myślących i odróżnia od zwierząt, choć i te czasem robią coś dla ducha, nie tylko dla ciała. Bo po co tworzymy dzieła sztuki, komponujemy muzykę, piszemy wiersze, po co uprawiamy sport, ubieramy się w modną odzież, strzyżemy dziwne fryzury czy wreszcie dlaczego hodujemy zwierzęta towarzyszące. Można powiedzieć, że to w zasadzie nie ma sensu, ale ludzie podobne rzeczy robią odkąd zeszli z drzewa. A może dlatego zeszliśmy aby to robić - kto to może wiedzieć.


 
Ktoś zadający pytanie "po co to robisz" nie uzyska zadawalającej odpowiedzi, ponieważ pobudek pasjonata, ktoś nie posiadający pasji nie zrozumie. Nie należy jednak osądzać kogoś zbyt pochopnie, ponieważ może to być pytanie zadane przez osobę, która potrzebuje zachęty, a nie nagany lub zadaje je ktoś walczący z jakąś fobią i jest zaskoczony faktem, że my możemy robić rzeczy tak "przerażające".

niedziela, 19 lipca 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - Zapiekanka ziemniaczana z cukinią i sosem serowym



 


Potrawa powstała z potrzeby chwili, po prostu te składniki miałem w domu, a coś trzeba było zjeść. Co do smaku, każdy musi sam ocenić, jak mawiali Rzymianie "nad gustami się nie dyskutuje".

Składniki:
- około 1kg ziemniaków
- 2 małe cukinie
- suszone pomidory 6-7 kawałków
- ser dojrzewający z przerostem np. niebieskiej lub zielonej pleśni, ważne aby  dobrze śmierdział
- oliwa z oliwek
- łagodna musztarda
- białe wino około 100ml
- sól morska
- pieprz

 
Ziemniaki kroimy w plasterki i blanszujemy 3 góra 4 minuty, oczywiście wrzucamy na osolony wrzątek. Odcedzamy i można je zahartować zimną wodą. Potem w czasie zapiekania potrafią się rozpaść, jeśli ktoś lubi bardzo miękkie ziemniaki, ten etap można pominąć.

 
Cukinie obieramy ze skórki jeśli są trochę większe, malutkie zostają w skórce. Tych wielkich lepiej nie używać, bo ani smaczne ani wygodne w użyciu, trzeba wyciągać pestki, są dość twarde, lepiej szukać małych. Rozmiar ma znaczenie i w tym przypadku małe jest lepsze. Kroimy na plasterki i lekko solimy. Niech sobie chwilkę poleży, a w międzyczasie przygotujmy coś w rodzaju marynaty, tzn. oliwę mieszamy z łagodną musztardą, tak by uzyskać jednolitą zawiesinę. Teraz przerzucamy do plasterków cukinii i dokładnie mieszamy ze sobą, najlepiej zrobić to najzwyczajniej łapą i odstawić aby składniki się połączyły.

 
 
Pomidory są twarde więc dobrze jest je namoczyć w ciepłej wodzie, żeby zmiękły, ponieważ potem trzeba je będzie drobno pokroić, a dodatkowo pozbędziemy się soli, która jest używana w procesie suszenia do konserwacji.


Teraz przyszedł czas na przygotowanie sosu do zalania zapiekanki. Ser kruszymy na jakiekolwiek kawałki zalewamy winem, koniecznie białym - czerwone spowoduje, że sos będzie miał paskudny kolor i blendujemy na krem.


Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą i układamy warstwy: ziemniaki, cukinia troszkę pokrojonych pomidorów, posypujemy świeżo zmielonym pieprzem i następna warstwa. Na koniec zalewamy sosem serowym i do piekarnika pod przykryciem.

Zapiekać trzeba tak długo aż wszystkie składniki będą miękkie, szczególnie cukinia, która była surowa. Smacznego!


poniedziałek, 29 czerwca 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - FUCZKI łemkowskie – czyli II Bieg Wierchami od "kuchni"


                Zawsze mówiono, że podróże kształcą pod wszelkimi względami – ale szczególnie jeśli chodzi o historię, kulturę oraz kuchnię zwiedzanych regionów. Jak pisaliśmy wcześniej 20 czerwca mieliśmy przyjemność startować w II Biegu Wierchami, który odbywał się w Rytrze. Jak wszystkim wiadomo miejscowość ta leży w pięknym Beskidzie Sądeckim. Bieg Wierchami to nie tylko wydarzenie sportowe – towarzyszyły mu również imprezy rozrywkowe oraz pokaz specjałów kuchni łemkowskiej (obszar łemkowszczyzny to przede wszystkim Beskid Niski, ale również część Beskidu Sądeckiego i Bieszczadów). Po przebiegnięciu 30 km po górach w czasie, którego człowiek nawadnia się i dostarcza energii w postaci żeli – o niczym innym tak nie marzyliśmy jak o posiłku o stałej konsystencji. Organizatorzy oczywiście stanęli na wysokości zadania i można było liczyć na tzw. posiłek regeneracyjny w tym wypadku był to żurek z jajkiem, bułka i gorąca herbata – cóż wegetarianie w Polsce na biegach nie mają łatwo ;-). I tu wielkie podziękowania dla Pani wydającej posiłek, która zlitowała się nad nami i wręczyła nam bułki, które przekroiła i zaopatrzyła ich środek jajeczkiem dodatkowo kubek gorącej herbaty – sprawił, że mogliśmy pokonać na piechotę jeszcze 2 km do pensjonatu Relaks w którym stacjonowaliśmy :-). Po umyciu się i przebraniu skorzystaliśmy z dobrodziejstwa pobliskiej karczmy i „spałaszowaliśmy” ruskie pierogi – pycha. Po chwili odpoczynku postanowiliśmy udać się na miejsce meta –start aby kibicować biegaczom kończącym tzw. „50” czyli bieg na 50 km. Cóż, podobno nie ma nic lepszego po wyczerpującym biegu jak „kufelek” piwa, choć jego właściwości jako świetnego napoju „regeneracyjnego” już dawno obalono – to na morale zawodników wpływa idealnie :-). Jak wszystkim wiadomo „złocisty trunek” plus spalone ponad 2000 kalorii spowodowały, że zapragnęłam coś zjeść – grill niestety oferował tylko potrawy mięsne ale...
Tu z pomocą przyszły stoiska miejscowych Stowarzyszeń oferujące specjały kuchni łemkowskiej. Jako, że jestem fanką wszelkich placuszków, „kotlecików” moją uwagę przykuły fuczki łemkowskie. Oczywiście moje pierwsze pytanie czy zawierają produkty mięsne – jaka odpowiedź – nie jak prawie wszystkie potrawy łemkowskie. Jest to całkiem oczywiste – to przecież kuchnia biednych ludzi. Jedli to co wyhodowali na polu uprawnym lub w ogrodzie oraz to co znaleźli w lesie. I takie też są fuczki proste, sycące i ogromnie pyszne. Co to takiego - placuszki smażone na patelni podobnie jak placki ziemniaczane – ale ich skład Was zaskoczy :-).
FUCZKI ŁEMKOWSKIE (tradycyjnie podawane z sosem czosnkowym)
Fuczki:
- około 1,5 szklanki mąki owsianej (cóż w górach nie uprawiane nic innego, a szczególnie pszenicy); 
- około 1,5 szklanki mąki gryczanej – można całość zrobić z owsianej – ale gryka na wschodzie była uprawiane więc czemu nie ;-)
 
- 2 jajka;
- mleko lub woda – ja daje pół na pół;

- trochę proszku do pieczenia lub sody oczyszczonej;
- olej do smażenia;
- sól;
-czarny pieprz;
- kminek – ja nie przepadam za tą przyprawą, ale łagodzi skutki spożywania kapusty ;-)
- cząber
- około 20 dkg kapusty kiszonej –to ten zaskakujący składnik – pycha wychodzą jeżeli użyjemy młodej kiszonej kapusty :-).
 
Sos:
Ja zrobiłam sos taki jak zawsze robiła moja mama czyli na bazie zasmażki, aby można było podać go na ciepło – ale możecie zrobić jakikolwiek sos czosnkowy.
- trochę margaryny np. Kasia lub masła
- kilka łyżek mąki;
- sól;
- świeży czosnek – ilość zależna od tego jakiej mocy chcemy nasz sosik.
Moja mini patelenka - z testowym "fuczkiem"

Wykonanie jest dziecinnie proste z obu gatunków mąki, jajek, mleka, proszku do pieczenia robimy gęste ciasto naleśnikowe do tego dodajemy drobno siekaną kapustę (zdania są podzielone czy powinna być surowa czy gotowana. Ja dałam surową – podobno taka była w tych oryginalnych – co ma swoje wytłumaczenie – zachowuje więcej witamin), sól, pieprz i cząber. Wszystko mieszamy robi się nam gęste ciągnące się ciasto (jak jest za rzadkie to dodajemy mąki, jak za gęste to wody). Smażymy na gorącej patelni jak placki ziemniaczane.

Teraz czas na sos:
W rondelku roztapiamy tłuszcz, dodajemy mąkę i robimy zwyczajną zasmażkę – gdy rozprowadzimy ją odrobiną wody, dodajemy śmietanę lub jogurt naturalny oraz czosnek, doprawiamy solą. Jeśli chodzi o czosnek ja dałam połowę surowego, a połowę lekko zrumienionego na patelni. Gdy sos nam zgęstnieje zdejmujemy z kuchenki – gotowy.

Fuczki podajemy prosto z patelni z gorącym sosem – proste, ale bardzo sycące i smaczne danie.

Życzę smacznego :-)

sobota, 27 czerwca 2015

Z BUTA - II Bieg Wierchami - Rytro


II Bieg Wierchami
 
 
 
Dlaczego ludzie męczą się biegając, zwłaszcza po górach, inwestując w to sporo pieniędzy, ryzykując kontuzję, poświęcając czas. W razie kontuzji, która jest nieodłączną częścią sportu, trzeba leczyć się w prywatnych gabinetach, NFZ raczej nas wyśmieje. Chcemy powrócić do zdrowia szybko, a NFZ i szybkość ma się jak kwiatek do kożucha. Dlaczego - bo to dobra zabawa, satysfakcja z pokonania dystansu, konkurentów i własnych słabości.
Tak też było 20 czerwca w Rytrze na II Biegu Wierchami. Przebiegliśmy 30 kilometrów, zaliczając po drodze Prehybę i Radziejową. Lepsi od nas pokonali dystans 50 kilometrów. Co najważniejsze dopisała pogoda, nie było deszczu i panowała przyjemna temperatura około 15-16 stopni. Choć najlepsza temperatura do biegania to 12 stopni, ale w czerwcu trudno o ideał - zresztą nic nie jest idealne.

Zaskoczeniem była zawartość pakietów startowych. Kobiety dostały piękną góralską mini spódniczkę, a mężczyźni oryginalny, ręcznie robiony kapelusz Czarnych Górali.
Co tu opisywać trasę, miejscami było ciężko, gdzie indziej łatwiej, a czasem zbiegi były trudniejsze niż podbiegi. Biegliśmy, biegliśmy i biegliśmy - na 30 kilometrów, a zawodnicy na 50 kilometrów, biegli, biegli, biegli i jeszcze potem biegli i biegli. A na końcu biegu już za metą każdy dostał medal z lakierowanego gipsu.
 
Tak może pomyśleć ktoś kto nigdy nie uczestniczył w zawodach. Z bieganiem jest jak z polityką, albo się jej nienawidzi albo kocha bez względu na konsekwencje. Nie ma wartości pośredniej, wszystko jest czarne lub białe, bez szarości.

 
Wracając do Biegu Wierchami, trzeba wspomnieć o imprezach towarzyszących. W sobotnie popołudnie zorganizowane były przedstawienia dla dzieci, inscenizacja średniowiecznej bitwy i pokaz czołgu z lat trzydziestych. Nawet dorośli, a może zwłaszcza dorośli wracając do lat dziecinnych, bawili się podczas przedstawienia o Koziołku Matołku. Aktorzy z teatru z Nowego Sącza w bardzo zabawny sposób zinterpretowali bajkę Kornela Makuszyńskiego. To wszystko było dla ducha , ale organizatorzy pomyśleli o czymś dla ciała, a mam na myśli grill i "złocisty trunek".

Na pikniku można było również zjeść lokalne potrawy przygotowane przez gospodynie z okolicznych miejscowości. Szczególnie zasmakowały nam łemkowskie fuczki - placki, na które przepis zostanie zamieszczony na naszym blogu. Zapraszam do wypróbowania, zrobiliśmy - polecam. Naprawdę smaczne choć bardzo proste jedzenie.