środa, 24 lutego 2016

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - "Šedý vlk na lyžích" ... czyli narciarski wypad do Harrachova :-)



            Właśnie wróciliśmy z cudownego tygodnia spędzonego w Karkonoszach w miejscowości Harrachov. Od kilku lat co roku wybieraliśmy się na tydzień na narty - kierunek mógł być tylko jeden - Włochy (sympatyczni, zawsze uśmiechnięci ludzie, pyszna kuchnia i cudowne góry z prawie zawsze gwarantowanym śniegiem) ale.... zawsze na ten tydzień jechaliśmy bez Uzika. W tym roku częściowo z wyboru, a po części z konieczności postanowiliśmy zabrać go ze sobą. Nie było mowy o tym, aby cały dzień spędzał w hotelowym pokoju, gdy my dobrze bawiliśmy się na stoku.

Jazda była zmianowa - jak jedno z nas jeździło, to drugie opiekowało się Uzikiem. W sumie jeździliśmy na nartach we wszystkich Polskich górach oraz w Dolomitach, Alpach włoskich, szwajcarskich i francuskich - jednak ten wyjazd w czeskie Karkonosze był najcudowniejszy - mimo, że każde z nas szusowało tylko 3 dni. Te dni spędzone z Uzikiem na przemierzaniu Karkonoskich szlaków były równie pasjonujące jak jazda na nartach. Ale to nie wszystko, radość jaką codziennie widziałam w oczach naszego futrzaka była bezcenna - cóż haszczakowi więcej potrzeba - śnieg i opiekun u boku :-).


Jako, że w Czechach stoki czynne są do 16.00 był też czas na wspólne wycieczki po okolicznych lasach oraz samym miasteczku.

            Muszę się przyznać, ze Uzik podróżuje z nami wszędzie, jednak w granicach Polski - zwiedził zarówno całe Beskidy, część Tatr, Bieszczady, wybrzeże Bałtyku oraz Warmię i Mazury - jednak nie był nigdy za granicą. Stąd moje obawy, jak to faktycznie jest z tymi psami w innych krajach. Słyszy się wiele o tym jak to psom w innych krajach jest dobrze, jak są traktowane itd. Zawsze jednak pamiętam starą dobrą zasadę "wszędzie dobrze, gdzieś nas nie ma".

Jednak to co słyszałam o Czechach jest wszystko prawdą. Zacznijmy od hotelu - bez problemu przyjmują z psem bez względu na jego wielkość (we Włoszech bardzo często można przyjechać do hotelu z psem, ale tylko małym).  Owszem, większość hoteli pobiera opłaty (około 200 koron dziennie) - czemu się nie dziwię w końcu jest więcej sprzątania - szczególnie po takim kosmaczu jak Uzik :-). Do restauracji hotelowej można wejść z psem po uzgodnieniu z personelem, natomiast do baru (przynajmniej w naszym hotelu) bez pytania. Pewien niemiecki piesek przychodził nawet z własnym legowiskiem, żeby nie leżeć na twardej podłodze :-). W sumie w hotelu było około 5 do 6 psów - natomiast w całej miejscowości trudno było przejść kilka metrów, żeby jakiegoś nie spotkać - zarówno psi turyści, jak i miejscowe. Czesi mają generalnie bardzo przyjazne podejście do psów - nie ma problemu, że pies wchodzi na obiekty sportowe czy trawniki (oczywiście tym razem pokryte śniegiem). Jedyny zakaz jaki widziałam to plac zabaw dla dzieci i sklepy spożywcze.

            To co udało mi się zaobserwować - tak z zawodowego punktu widzenia to traktowanie własnych psów i tych spotkanych. Zacznijmy od tego, że większość psów była "narodowości" czeskiej lub niemieckiej oraz jeden norweskiej - co dziwne nie udało się nam spotkać żadnego psa z Polski. Niemcy mają podobne podejście do napotkanych psów jak większość Polaków - czyli pierwsze pytanie "boy or girl?" jednak zazwyczaj pozwalają się obwąchać i być psami :-). Czesi (przynajmniej Ci spotkani) mają podejście bardzo "naturalne" - nie ma żadnego pytania o płeć, psy mają się przywitać po swojemu, nie ingerują w spotkanie (chociażby dlatego, że większość jest albo luzem, albo na długiej smyczy). Gdy dojdzie do jakiś warknięć czy tzw. "plucia grzyw" nikt na siebie nie krzyczy czy nie ma pretensji - każdy opiekun zabiera swojego psa - uśmiecha się do drugiego i idzie w swoją stronę. Uważając, że takie zachowanie jest naturalne dla psów. Może wynika to z faktu, że Czesi są niezmiernie wyluzowani i powolni - a może to uspakajający wpływ chmielu?????

W całym miasteczku są ustawione pojemniki z torebkami na psie kupy - choć Czesi raczej z nich nie korzystają - jak jest śnieg to zasypują kupę ;-).


Na koniec kilka słów o kuchni :-). Biorąc pod uwagę, że obydwoje ze Zbyszkiem jesteśmy wegetarianami mieliśmy pewne obawy - kuchnia czeska słynie raczej z mięs. Jednak w hotelu nie było problemu zawsze coś bezmięsnego się znalazło - jedzenie było pyszne i w ilościach ogromnych. Co ciekawe Czesi uwielbiają wszystko panierować więc był panierowany kalafior, pieczarki, brokuł - zabraknąć nie mogło "smažený sýr" czyli panierowany, smażony ser żółty. Oczywiście do każdej kolacji piwo :-).

                  Tym razem kotleciki z kapusty :-)

W sumie w czasie pobytu zdegustowaliśmy 11 gatunków tego złocistego trunku. Większość bardzo dobrych i co przynajmniej dla mnie ważne, z o wiele mniejszą zawartością alkoholu niż nasze rodzime piwa.


 O to kilka chmielowych napojów :-)


Inne kulinarne testy to "knedliky" - morawskie, houskové knedlíky oraz levný knedlik - po degustacji wiele lat temu na Słowacji byłam do nich uprzedzona - jednak nie wiem czy to zmiana gustu, czy te czeskie są lepsze. Bardzo mi smakowały  - 3 takie przyjechały z nami do Polski :-).

I na koniec czeskiej kuchni przepyszny Trdelnik - czyli pieczone, a właściwie grillowane ciasto w kształcie walca posypane cukrem oraz cynamonem lub kakao - pycha.
TRDELNIK


 A ciekawe czy ktoś z Was zna Kofole????


To nic innego jak czeska "cola" - chyba się od niej uzależniłam ;-) - mniej cukru, brak kwasu fosforowego oraz specyficzny ziołowy posmak - nie jest to przypadkowe, gdyż zawiera aż 14 różnych gatunków ziół.

Pod względem narciarskim do dyspozycji były 3 z 4 tras narciarskich o długościach - 1640 m, 1850 m oraz 2200 m - najwyżej położony punkt Čertova Hora 1020 m n.p.m.. Trasy bardzo dobrze przygotowane, łatwe technicznie :-). Skiareal Harrachov polecam również fanom narciarstwa klasycznego - ogromna ilość tras dla biegaczy. A z okna naszego pokoju mogliśmy podziwiać skoczków narciarskich - akurat odbywała się Ogólnopolska Olimpiada Młodzieży w sportach zimowych - z braku śniegu na polskich skoczniach skakali właśnie w Harrachovie.



Uff to tyle relacji z naszego wyjazdu - chyba cała nasza trójka z przyjemnością powróci w to miejsce. Czuliśmy się tam świetnie i cudownie się bawiliśmy - może to urok miejsca, a może sentyment do Czechów - w końcu nasz pradziadek ze strony mamy pochodził z Ołomuńca - co ciekawe razem z kolegą - obaj w wieku około 6 lat, uciekli z domu i na piechotę przywędrowali do Krakowa  i tak zostali - to były czasy :-). A mnie wstyd, że dopiero tak późno odwiedziłam rodzinny kraj pradziadka.

Na shledanou :-)

sobota, 2 stycznia 2016

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - Mróz i wiatr na powitanie Nowego Roku



  Sylwester to dla większości osób - wspaniałe kreacje, fryzury, makijaż i super zabawa na balu lub "domówce". Kto mnie dobrze zna ten wie, że nad huczne imprezy przedkładam ciszę i spokój na łonie natury. Dlatego dla mnie kreacją sylwestrową były spodnie i buty trekkingowe oraz puchowa kurtka (która jak się później okazało była dobrym wyborem). Biorąc pod uwagę, że moje "maleństwo" Uzi nie przepada za fajerwerkami, mimo pracy behawioralnej nadal ich nie polubił ;-) co roku wycofujemy się na z góry upatrzone pozycje - jakby to powiedzieli żołnierze. W tym roku postanowiliśmy udać się od Przełęczy Knurowskiej w stronę Kiczory. Jeszcze w drodze zastanawiałam się czy Uzi pamiętny naszego spotkania z niedźwiedziem w tym rejonie nie uzna, że pójście do lasu po ciemku to kiepski pomysł.
Jednak nie doceniałam jego odwagi, wspieranej światłem naszych czołówek ;-). Po wyjściu z samochodu poczułam, że prognozy pogody "kłamią" zapowiadane na ten region -8 stopni to tak naprawdę -18 - a dodatkowo zaczęło wiać. Pomysł, że idziemy w samych polarach - a na miejscu zakładamy puchówki został zweryfikowany - zostajemy w polarach,  na które zakładamy puchówki. I tak moja szczęka niemiłosiernie latała z zimna - szczękanie moich zębów było słychać chyba w Nowym Targu ;-). Uzi oczywiście uchylony pyszczek, wywalony jęzor - przecież ciepełko jest. Ach być haszczakiem :-). Wędrówka mijała nam na miłej rozmowie, moja szczęka już tak nie latała. W takich trochę ekstremalnych warunkach uwielbiam obserwować zachowanie Uzika. Zawsze, gdy jesteśmy w lesie jest dość czujny jednak zdarza się mu wchodzić w fazę "maszeruję i nie wiele mnie interesuje", ale nie w takiej sytuacji - noc, środek lasu, nowa trasa... Jego wszystkie zmysły działają na najwyższych obrotach - każdy szelest liści, jakikolwiek dźwięk, zapach... nie zostaną niedostrzeżone. Widać, że każdy jego mięsień jest mocno napięty i gotowy do działania i te oczy, z których emanuje samo psie szczęście. Idziemy, idziemy jest makabrycznie zimno - do północy jeszcze około 2 godzin.

Decyzja zaczynamy schodzić, na dole będzie cieplej - Nowy Rok przywitamy pod zadaszeniem na pięknych gorczańskich łąkach. Zeszliśmy zjedliśmy po bułce, nalałam wodę do Uzikowej miski trochę mi się rozlało natychmiast zamarzła, psisko pić też musiało szybko, żeby nie musiał chrupać lodu. Do północy jeszcze godzina  - nawet zdjęć nie da się robić bo ręce odmarzają i aparat robi się jakiś "mulasty" - tu wcale nie jest cieplej. Na dodatek wiatr się wzmaga. Chyba przez te letnie upały człowiek odzwyczaił się od radzenia sobie z niskimi temperaturami.
Pamiętam Mały Matterhorn porywisty wiatr i -30 stopni - a my cieniej ubrani i nic się nie dzieje - a tu mam wrażenie, że zaraz zamarznę??
Mały Matterhorn
Mimo dobrych chęci nie wytrzymujemy i wsiadamy do samochodu - niechlubna decyzja - odwrót.

                I tak Nowy Rok 2016 przyszło nam powitać przy drodze w miejscowości Raba - kiedy wysiedliśmy z samochodu, aby przygotować naszego bezalkoholowego  "szampana" nagle pod nogami Zbyszka coś się pojawiło - to maleńki piesek przebiegł przez jezdnię ledwo unikając potrącenia przez nadjeżdżający samochód. Nagle wystrzał - psisko jest znów na jezdni. W końcu zdecydowała się, że u nas będzie bezpiecznie. I tak weszliśmy w Nowy Rok z "kruszynką" w typie pekińczyka w objęciach i z Uzim bezpiecznym i wyluzowanym w samochodzie (dla niego nie ma bezpieczniejszego i ważniejszego miejsca na świecie ja jego auteczko).
Ostrzał był niczym w Syrii . Gdy przytulałam maleństwo i starałam się dać mu jak najwięcej wsparcia i czułam jak cała drży i przy każdym głośniejszym strzale piszczy - życzyłam jak najgorzej wszystkim tym strzelającym "przygłupom". Po 12 trochę się uspokoiło jednak nie mogłam zostawić tak małej suczki. Co zrobić - ma obrożę, ale bez adresówki - jest więc najprawdopodobniej "czyjaś" nie bardzo tak ją zabrać - byłaby to jakby nie patrzeć kradzież ;-). Z drugiej strony ktoś mógł ją wyrzucić. Na szczęście dwóch miłych Panów (ojciec z synem "zwierzoluby" jak nic  - w domu podobno pies i 8 kotów - dlatego nie mogli przechować psinki u siebie) pomogło mi ustalić, że to pies ich sąsiadów z drugiej strony jezdni. Suczka trafiła na swoje podwórko - niestety do opiekunów nie dopukaliśmy się - staruszka i jej niepełnosprawny syn - spali już od dawna. Gdy odjeżdżaliśmy pod dom podjechał samochód, a jeden z miłych Panów poszedł powiadomić - o "kruszynce" zabezpieczonej w budzie. Uff akcja zakończono sukcesem - rok 2016 ogłaszam rokiem "pod psem" -  zresztą, tak jak każdy w naszym życiu ;-).
Spokojnie wróciliśmy do domu - w Krakowie już cisza i spokój - można było się napić prawdziwego szampana :-).

 
Szczęśliwego Nowego Roku :-)

środa, 30 grudnia 2015

Rok 2015 przechodzi do historii.... ciekawe co przyniesie 2016???


               Koniec roku to zawsze czas podsumowań i przemyśleń. Czasem wśród życzeń noworocznych można usłyszeć - "oby następny rok nie był gorszy od poprzedniego" - my mamy za sobą najgorszy rok naszego życia - więc teraz może być już tylko lepiej :-).
Jako, że przez większość swojego życia byłam optymistką - i mam nadzieję, że kiedyś to wróci, poza tym kto by chciał czytać o pracy -  skupię się tylko na tym co dobre i miłe, czyli bieganie i góry oczywiście nieodłącznie związane z psami :-).
               Zaczniemy od gór - naszej pasji do chodzenia po nich w towarzystwie "czterołapa", czyli nasz rekreacyjny dogtrekking. Generalnie z psami po górach chodzimy od dziecka...niestety to już bardzo długo - początki wypraw w góry z naszymi jamniczkami zaczęły się w czasach (koniec lat 80-tych), w których nikt nie wiedział co to dogtrekking - po prostu  jadąc w góry Korcia i Mimi jechały razem z nami :-). Z obecnym naszym psem Uzim bardzo dużo chodzimy po górach, ale nie startujemy w żadnych zawodach - dlaczego? Powodów jest kilka - Jak chcemy się sprawdzić rywalizujemy w "ludzkich" zawodach - jeżeli ambicja nas poniesie to uszczerbku doznamy tylko my, a nie istota, która nam ufa. Dogtrekking traktujemy jako relaks - zero presji czasu czy trasy - idziemy jak chcemy i gdzie chcemy - tylko my, Uzi i góry. W związku z tym, że w górach też trenujemy taka wyprawa daje nam możliwość napawania się pięknem gór bez "straty" rozgrzewki ;-). Większość zawodów odbywa się w porze roku nie nadającej się na zbyt duży wysiłek fizyczny dla psów, które są bardzo wrażliwe na przegrzanie - jakoś nie wyobrażam sobie marszu po górach z psem (szczególnie rasy syberian husky), gdy temperatura w cieniu sięga + 30 stopni. Bez urazy dla wszystkich organizatorów, ale lato to kiepski czas na zawody dogtrekkingowe - owszem dla ludzi super, ale tu najważniejsze powinny być psy. Mimo to, że niektórzy powiedzą "co oni wiedzą" nie brali udziału w zawodach - chętnie dzielimy się naszym doświadczeniem - stąd pomysł, aby razem z Andrzejem i Olimpią Kłosińskimi stworzyć Kurs Dogtrekking Rekreacyjny - takie połączenie wiedzy behawiorysty z praktyką "łazikowania" z psem. Wbrew pozorom taka forma wymaga dużo większego doświadczenia  i wiedzy niż ten "zorganizowany". Choćby dlatego, że jesteśmy zdani sami na siebie - żaden organizator czy współuczestnik nie udzieli nam wsparcia i nie powie jakie jest wyposażenie obowiązkowe.
               W tym roku udało się trochę pochodzić po górach - poniżej kilka fotek z naszych wypraw.
 Marzec trasa na Turbacza od Nowego Targu


 Wypad na Przełęcz Knurowską - przełom marca i kwietnia - to tu nasze drogi skrzyżowały się  z młodym niedźwiedziem :-)

Kwiecień na Lubaniu




Cała drużyna na majowym wypadzie na Mogielicę






Beskid Wyspowy - lipcowe popołudnie - szybki wypad na borówki - ja zbieram Uzi wypoczywa :-)

Kilka zdjęć z wakacji w Zdyni (Beskid Niski)

Listopadowy wypad w Beskid Niski - nasze jesienne zbiory (rydze zakisiłam - żur na nich palce lizać - niedługo pojawi się przepis)


Cudowny szlak z Koniecznej do Radocyny - pusty, zarośnięty i ta mgła - cóż więcej do szczęścia potrzeba?

 Uzik na cmentarzu w Radocynie - jednej z "nieistniejących" wsi oraz poprawiająca morale gorąca herbatka.

 
    2015 rok to też oczywiście nasze bieganie i to samodzielne, i to z Uzim. Ze względu na to, że nasz futrzak ma już 12 lat i spory "przebieg" - jego treningi biegowe są typowo "seniorskie" - więcej o tym  przy pierwszym wpisie z serii - "Husky na emeryturze".

               Bieganie nasze ludzkie to w tym roku nic imponującego, jeżeli chodzi o ilość startów - dla niektórych z wiadomych powodów, morale w drużynie "Canislandiateam" sięgnęło dna. Zbyszek postanowił w ogóle nie startować - na szczęście przeszło mu :-) - jak ja bym sobie poradziła bez mojego rodzinnego sprintera. U mnie też dość kiepsko, ale w końcu okazało się, że kilka startów zostało zaliczonych - choć w różnym składzie. Rok mieliśmy zacząć od debiutu w Cracovia Maratonie. Już pod koniec grudnia 2014 roku zaczęliśmy intensywne treningi, które po miesiącu zostały brutalnie przerwane. I tu nasze bieganie przestało istnieć, aż do kwietnia nie biegaliśmy właściwie w ogóle - tyle co krótkie trasy obowiązkowe dla Uzika. I tak zbliżał się 19 kwietnia, czyli dzień startu w maratonie - pytanie - biegniemy czy nie? Zbyszek miał łatwo - problemy zdrowotne wykluczyły go z biegu. A ja doszłam do wniosku co mi szkodzi. Plan dobiec do mety -  czas około 4 i pół godziny byłby miłym akcentem. Nie wiem jak ja to zrobiłam - 4 miesiące bez treningów, kiepskie odżywianie, stres - czas 3:46:41. Szczęście początkującej, albo trening jest przereklamowany, a liczy się motywacja?? Ja chciałam przebiec maraton dla Mamy, która była naszym najwierniejszym kibicem i udało się.
14 PKO CRACOVIA MARATON

To był  jakiś punkt zwrotny i zaczęliśmy więcej trenować.


10 maj II Bieg Pszczelim Szlakiem - startuje tylko Zbyszek
- my z Uzim robimy jako kibice i zaplecze techniczne (relacja http://zabieganezycie.blogspot.com/2015/05/z-buta-lesny-bieg-pszczelim-szlakiem.html )


Zbyszek biegł, a Uzi pije ;-)



20 czerwca - Bieg Wierchami Rytro - 30 km - startujemy obydwoje - pierwszy start w biegu górskim na dystansie dłuższym niż półmaraton (relacja http://zabieganezycie.blogspot.com/2015/06/z-buta-ii-bieg-wierchami-rytro.html).






5 wrzesień - Gorce Maraton - mój debiut w maratonie górskim - udało się przebiegłam i przeżyłam :-). Potwierdziłam też fakt, że bułka i banan to podstawa sukcesu nie tylko w skokach ;-).
Na trasie :-)

4 październik Bieg Trzech Kopców - znów startujemy całą dwu osobową drużyną.

8 listopad Icebug summertrail w Kluszkowcach - bieg letni, który z przyczyn technicznych odbył się jesienią ;-). Startowaliśmy obydwoje - chyba nasze najtrudniejsze 15 km po górach. Trasa niesamowicie wymagająca - ostre podbiegi strumieniami, zbiegi dawnymi tzw. spustami drewna - rewelacja. Bieg ten jest nietypowy - są dwie klasyfikacje. Jedna to typowy bieg anglosaski - czyli w górę i w dół. Ale oprócz tego odbywają się Mistrzostwa Polski w Zbieganiu górskim - czyli z górki na pazurki kto szybciej :-). Miałam tu nie lada wyzwanie obronić brązowy medal z zeszłego roku - udało się z nawiązką - było srebro i dodatkowo 3 miejsce w całym biegu. Czego nie udałoby mi się osiągnąć bez mojego prywatnego pacemakera czyli "zająca". Zbyszek ostro nadawał tempo co przypłacił bolesną kontuzją - pęcherze na obu nogach tak gigantyczne, że jeszcze takich nie widziałam.


31 grudzień jak zawsze na koniec sezonu będzie Krakowski Bieg Sylwestrowy.

Tyle w temacie startów jak widać bez szaleństwa. Trzy pozytywy - wróciliśmy do biegania, Zbyszek do startów, mnie udało się pobiec 3 długie biegi :-).

               Biegowe plany na 2016 rok - od 4 stycznia wracamy do ostrych treningów, żeby przygotować Zbyszka do debiutu na maratońskim dystansie i mnie do kilku startów w górskich biegach na długim dystansie (w tym debiut na 50 km).

Co tydzień będziemy zdawać relację z naszych treningów. Nie jesteśmy trenerami, więc nie będziemy Wam mówić jak należy trenować to będą nasze doświadczenia i przemyślenia, ale może komuś pomogą. Przede wszystkim to zmagania z "chochlikiem" w głowie Zbyszka, który mu podpowiada, że nie da rady oraz z moim wyzwaniem 2 maratony (w tym jeden górski) w ciągu 3 tygodni oraz pierwszą "50" :-). Czyli trening duszy i ciała.

Mam nadzieję, że będziecie nam kibicować i trzymać za nas kciuki :-).



              

poniedziałek, 28 grudnia 2015

SYLWESTER...... trudny czas dla wszystkich zwierząt!!!!!



          Już za kilka dni będziemy żegnać stary, a witać Nowy Rok. Większość już od dawna planuje bale, stroje i dobrą zabawę. To w końcu czas radości, ale niestety nie dla wszystkich. Psy, które mają fobię dźwiękową oraz ich opiekunowie przeżywają wówczas koszmar. Z doświadczenia behawiorysty wiem, że jest to jeden z trudniejszych do pozbycia się psich lęków. Dlaczego tak jest - powodów jest kilka. Po pierwsze strach przed głośnymi dźwiękami jest naturalnym zachowaniem wszystkich zwierząt - głośny dźwięk sygnalizuje zbliżające się zagrożenie, więc należy na nie zareagować. Stąd dużo psów, ale i innych zwierząt szuka wtedy ustronnego cichego i bezpiecznego miejsca, oddala się od źródła dźwięku i szuka naszego wsparcia - czasem oczywiście z wielu powodów naturalna obawa przeradza się w bardzo nasilony lęk. Fobia ta w dużym nasileniu pojawia się okresowo, czyli okres świąteczno - noworoczny oraz okres letnich burz - opiekunowie nie mają często zbyt dużej motywacji do systematycznej pracy. Ciężko kontrolować bodziec wyzwalający - głośne dźwięki pojawiają się niespodziewanie i nie mamy na nie wpływu. Fajerwerki pojawiają się tylko raz w roku, ale dużo częściej mamy do czynienia z burzami - próby oddwrażliwiania są często dość trudne bo burza to nie tylko grzmoty. Psy mogą wyczuwać zapach ozonu, czy zbliżającego się deszczu poza tym mogą reagować na zmieniające się ciśnienie atmosferyczne i wiele innych czynników poprzedzających burzę. Tych elementów nie może wykorzystać w czasie ćwiczeń z psem.  

            Bardzo często o problemie przypominamy sobie zbyt późno - czyli nie mamy już możliwości systematycznej pracy z naszym psem. Zawsze też należy pamiętać o tym, że w pracy z żywym organizmem musimy wyznaczać sobie cele, które są możliwe do osiągnięcia. Nie zawsze możemy osiągnąć  to co sobie zamierzyliśmy - taki idealny cel - nasz pies siedzi na balkonie i podziwia z nami pokaz sztucznych ogni ;-). Czasem musimy pogodzić się z tym, że to co możemy osiągnąć to nie brak lęku przed głośnymi dźwiękami, ale skuteczny sposób na przetrwanie tego trudnego czasu w jak najlepszej formie. To takie wypracowanie pewnej strategii, gdy pies zaczyna się bać. Prosty przykład - pies boi się burzy - do tej pory wpadał w panikę, próbował uciekać, pojawiały się silne objawy stresu (dyszenie, przyśpieszony oddech, pocenie się opuszek łap itp.). Po terapii pies sam idzie w spokojne miejsce i oczekuje, że np. zrobimy mu masaż relaksacyjny lub włączymy muzykę relaksacyjną. Nadal się boi lecz potrafi kontrolować swoje zachowanie.

            Wracając do Sylwestra - jak możemy mu pomóc?

Przede wszystkim musimy zapewnić mu spokojne miejsce, w którym może się ukryć np. pomieszczenie pozbawione okien. Wbrew rozpowszechnionej opinii musimy być dla psa wsparciem, czyli nie zostawiamy go samemu sobie. Mądre "bycie" z psem, czyli masaż relaksacyjny, zwykłe przytulenie czy głaskanie w żaden sposób nie wzmocni psiego lęku . Jest to nieprzyjemne uczucie i nie ma możliwości, aby zadziałały tu zwykłe zasady wzmocnienia pozytywnego. Psy jako zwierzęta socjalne w sytuacji strachu zawsze będą szukać wsparcia w grupie. Po szczegóły odsyłam do książki Patrcii McConnell. Co dalej możemy maskować dźwięki dochodzące z zewnątrz np. muzyką.
Jeżeli lęk jest nasilony należy już wcześniej zgłosić się do lekarza weterynarii, który przepisze naszemu psu środki uspakajające. Ważne aby nie była to acepromazyna czyli popularny Sedalin. Lek ten powoduje jedynie ograniczenie ruchliwości naszego psa, który jest nadal w pełni świadomy, ale dodatkowo nie może się ruszać. Poza tym środek ten powoduje wzmożoną reakcję na dźwięki - czyli nasz pies nadal się boi i jeszcze lepiej słyszy dochodzące dźwięki.

Jeżeli lęk naszego psa jest bardzo nasilony, z jakiś powodów nie chcemy mu podawać środków uspakajających, my również nie lubimy ani hucznych zabaw, ani dźwięków wybuchających petard - co w takim razie ??? Pozostaje nam porzucić miejski zgiełk i wyjechać w ustronne i ciche miejsce :-).
Taki krajobraz powinien nam towarzyszyć w ostatnich dniach roku


Jak wyglądał nasz Sylwester z Uzikiem już wkrótce :-)

           

niedziela, 20 grudnia 2015

Świąteczne przemyślenia Zbyszka...

          

Nadchodzi czas Świąt, czyli czas radości, wspólnych chwil w gronie najbliższych. Pytanie brzmi: czy zawsze, tak to właśnie wygląda? Pewnie w większości przypadków tak jest, ale... Wspólne chwile przy suto zastawionym stole od śniadania do kolacji, sztuczne uśmiechy na stałe przyklejone do twarzy, składanie życzeń ludziom, których nie do końca darzymy sympatią. Jemy potrawy, które nie zawsze są smaczne, ale zawsze trzeba je pochwalić, aby nie urazić twórcy tego kulinarnego arcydzieła, uśmiechamy się choć nie zawsze jest powód do zadowolenia i czasem też mamy w pamięci saldo naszego konta bankowego, które zostało mocno uszczuplone.

W większości rodzin spotkania świąteczne są miłe, sympatyczne i wyczekiwane przez cały rok. No i te prezenty pod choinką...
Takim rodzinom należy pogratulować, ponieważ takie powinny być spotkania w gronie najbliższych, ludzi którzy darzą się uczuciem, są dla siebie mili, wspierają się w trudnych chwilach, a składając sobie życzenia są szczerzy i uczciwi. Oby takie Święta gościły we wszystkich domach.
          Na Świętach jest jednak pewna rysa i to dość głęboka, a mianowicie wielka narodowa rzeź karpi. Po transporcie, są przetrzymywane w małych zbiornikach, bez dostępu do pokarmu, a następnie zabijane nie zawsze "na śmierć" i nierzadko dogorywające przenoszone w foliowych siatkach, gdzie konają w męczarniach przez kilka godzin. Zastanawiam się dlaczego inne ryby sprzedawane są martwe, a nieszczęsny karp musi przejść drogę przez mękę zanim trafi na stół? Czym właściwie ten gatunek ryby zasłużył sobie na taką "drogę śmierci" zanim elegancko ubrani ludzie przy odświętnie udekorowanym stole wbiją w niego widelec.
Teoretycznie obowiązuje zakaz sprzedaży żywych ryb bez wody, ale jest to przestrzegane tylko w niektórych dużych sieciach handlowych - w małych sklepach czy na stoiskach rozstawionych na placach targowych bywa już różnie. Nie jest to oczywiście reguła, większość sprzedawców przestrzega prawa, zdarzają się jednak wyjątki i to niestety nie pojedyncze. Niejednokrotnie widzi się osoby idące ulicą z trzepoczącymi karpiami w siatce. Są różne rodzaje śmierci, choć każda jest pewna, ale karpie z niewiadomych przyczyn mają jedną z najgorszych. 
          Postarajmy się aby, ten piękny czas Bożonarodzeniowy, nie był czasem kojarzącym się z cierpieniem i śmiercią, tylko z miłością i początkiem nowego życia.

       Trzeba mieć nadzieję, że podejście społeczeństwa do losu zwierząt, które są zjadane trochę się zmieni. Choć i tak wszyscy nie zrezygnują z jedzenia mięsa -  to przynajmniej ograniczmy cierpienie tych niewinnych istot, które oddają swoje życie, abyście cieszyli się "karpiem w galarecie".   
         


czwartek, 5 listopada 2015

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - Obowiązki ....





            Od dłuższego czasu towarzyszyły mi pewne przemyślenia dotyczące „obowiązków”... każdy z nas ma jakieś obowiązki, z których musi się wywiązywać. Ale właśnie moje przemyślenia skupiają się nad tym co jest obowiązkiem, a co nim nie jest. Często mówi się o obowiązkach opiekunów psów, że biorąc pod swój dach istotę żywą musimy zastanowić się nad większą ilością obowiązków z tym związanych. I tu pojawia się mój problem – bo wszystko to co związane jest z moim psem, ale również wszystkimi innymi istotami żywymi (bez względu na ilość nóg) bliskimi mojemu sercu – nie stanowi dla mnie „obowiązku”. Może moje myślenie jest pokręcone – ale słowo to zawsze będzie miało dla mnie negatywne konotacje: obowiązek szkolny, podatkowy, opłaty ZUS, ubezpieczenia... kiedyś niektórzy może pamiętają „obowiązkowa służba wojskowa”, a jeszcze starsi obowiązkowe dostawy płodów rolnych... i tak wymieniać można byłoby w nieskończoność. Jeżeli miałabym stworzyć definicję słowa „obowiązek” to dla mnie byłaby to czynność, którą muszę wykonać pod pewnym przymusem, ale która nie sprawia mi przyjemności – mimo, że zdaje sobie sprawę, że niektóre są konieczne. Np. nikt nie lubi płacić podatku, ale wszyscy zdają sobie sprawę, że Państwo nie mogłoby bez niego funkcjonować. Wracając teraz do przykładowych psów – czy jako przymus mam traktować fakt, że dbam o komfort życia mojego przyjaciela?? Przecież zakup, adopcja czy jakakolwiek inna forma zabrania pod swój dach psa wynika z naszej dobrowolnej decyzji. Nikt nam nie każe przygarnąć psa – wówczas spacery, karmienie, zabawa i pielęgnacja byłyby obowiązkiem, ale w innym przypadku wszystkie te czynności (lub prawie wszystkie) powinny sprawiać nam mniejszą lub większą przyjemność. Choćby sam  fakt, że sprawiliśmy radość istocie, którą przynajmniej lubimy. Ostatnio zapytałam znajomego, któremu jakiś czas temu umarł pies czy będą brać kolejnego. Stwierdził, że się zastanawiają bo tyle  z tym problemów, nie można wyjechać wspólnie na wakacje, spacery, karmienie itp. Trudno było mi to zrozumieć, bo nie postrzegam mojego psa w tych aspektach – na wakacje wyjeżdża razem z całą moją rodziną (może czasem jest więcej pracy, aby znaleźć dogodne miejsce – ale czy trochę wysiłku umysłowego komuś zaszkodziło?), posiłek przygotowuje dla siebie i rodziny czyli również dla mojego psa (tyle, że on je mięso, a my nie) – nie widzę w tym żadnego problemu.
Najważniejsze w życiu to znaleźć bratnią duszę...
Niestety takie same odczucia mam w przypadku stwierdzenia: „ile przy dzieciach jest obowiązków”, „mam starych rodziców, to taka masa obowiązków”... dzieci nie mam, ale gdybym je posiadała nie mogłabym traktować opieki i troski nad nimi jako obowiązku porównywalnego z płaceniem podatku czy składki ZUS... To samo w przypadku starzejących się czy chorych rodziców – jak można powiedzieć, że opieka nad ukochanym rodzicem, który przez tyle lat troszczył się o nas jest naszym „obowiązkiem”. Nie rozumiem tego i chyba nigdy nie zrozumiem – takie zachowanie jak troska, opieka nad osobami najbliższymi powinna wypływać z głębi naszego serca, być podyktowana miłością,  a nie  przymusem. Dla wszystkich tych, którzy uważają, że opieka nad starzejącą się np. matką jest „przykrym obowiązkiem” – krótkie przesłanie - chciałabym mieć taki „przywilej”.
Czy opiekę nad ukochanymi istotami można traktować jak "obowiązek"??

Podsumowując uważam, że nigdy nie powinno się traktować czynności związanych z opieką czy troską nad istotami, które się kocha jako „obowiązku”. A jak Wy postrzegacie „obowiązki”???