wtorek, 24 lipca 2018

Korona Beskidów Polski etap drugi - Tarnica


            Drugi etap, ale trzeci szczyt , to Tarnica - najwyższa góra w Bieszczadach. Ruszyliśmy z Ustrzyk Górnych szlakiem czerwonym, od skrzyżowania przy którym znajdują się parkingi, gdzie zostawiliśmy samochód. Tam też można dojechać busem. Szlak początkowo biegnie drogą asfaltową, która następnie zmienia się w coś co 30 lat temu też chyba było asfaltem. Tak dotarliśmy do punktu poboru opłat Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Wstęp od osoby dorosłej kosztuje 6 złotych.


Dalej szlak staje się drogą leśną, na której ma swój początek ścieżka przyrodnicza "Śnieżycy wiosennej" i faktycznie wiosną jest tam mnóstwo kwiatów, zresztą wyjątkowo pięknych. Niestety o tej porze roku już ich nie ma, jest za to bardzo dużo turystów. Następnie szlak zaczyna się łagodnie wznosić, a nasz bieg zakłócały trochę, założone przez BPN, drewniane podesty dla ochrony przed rozdeptywaniem ścieżki przez tysiące osób. Oczywiście jest zrozumiałe, iż istnieje konieczność budowy takich rzeczy, ale wygodnie sie po nich nie biegnie, ponieważ wpadają w wibracje i zwłaszcza te o większej długości mogą doprowadzić do upadku. Szczególnie należy być ostrożnym podczas zbiegania, gdyż wtedy za sprawą mocniejszych uderzeń butami wibracje są silniejsze. Ostatni taki blat zainstalowany jest kawałek przed schronem turystycznym. Dalej już zwykła ścieżka miejscami trochę błotnista, o zróżnicowanej konfiguracji, czyli najlepsza do biegania w górach. Biegło się nam bardzo przyjemnie, temperatura nie przekraczała 20oC i w połączeniu z lekkim wiatrem tworzyło idealne warunki.


Zaraz po opuszczeniu lasu pojawiają się urokliwe bieszczadzkie połoniny porośnięte trawami i krzaczkami borówki czarnej, które dość obficie owocują, ale ponieważ to park nie wolno ich zbierać.

            Na połoninach mamy do czynienia z poważniejszymi wzniesieniami, a ich trudność potęgują luźne kamienie, miejscami duże, gdzie indziej naturalne kamienne stopnie, strome i ostre. Bieszczadzki Park Narodowy wyznaczył ścieżkę odgradzając ją deskami na krótkich słupkach, a krawędzie umocnił siatką, co oczywiście nie zniechęca turystów do korzystania z traktu. Chwilami widzieliśmy szlak szerokości autostrady wydeptany w borówczyskach, jak zwykle w naszym kraju ktoś coś robi inni celowo niszczą, a potem mają powód do narzekania - jakie to jest w złym stanie.


Dobiegliśmy na Szeroki Wierch, skąd roztaczają się wyjątkowe widoki, chociaż na całej trasie ich nie brakuje. Następnie kawałek przed Przełęczą pod Tarnicą, zwaną także Przełęczą Krygowskiego, zaczynają się schody zbudowane prze Park. Powstały z belek i wypełnienia z kamieni. BPN zmuszony był skorzystać z takiego rozwiązania ze względu na erozję szlaku oraz wzmożony ruch turystyczny. Schody umocniły stok oraz skanalizowały ruch w odpowiednie miejsca, dzięki czemu turyści nie rozdeptują stoku, również dzięki zastosowaniu taśm na słupkach wzdłuż trasy.

Niestety wyglądają one wyjątkowo paskudnie, a biegnie się po nich jeszcze gorzej niż wyglądają, ale gdy ma się trochę wprawy można je pokonać zarówno do góry jak i w dół nie zwalniając.


            Na Przełęczy Pod Tarnicą dołącza się szlak niebieski, idący od Wołosatego, którym przychodzą całe dywizje turystów, ponieważ jest on krótki i do wejścia można dojechać busem. Na przełęczy tłum był ogromny, krzyki, ruch, płacz dzieci, biadolenia dorosłych - że jeszcze tak daleko, że nie ma schroniska, że tak pod górę, że kamienie na drodze. Dalej szlak niebieski, wraz z czerwonym skręca w kierunku Przełęczy Goprowskiej. My pobiegliśmy dalej w kierunku szczytu Tarnicy szlakiem znakowanym na żółto. Po drodze pokonaliśmy kilka ostrych podbiegów i oczywiście schody, ale to wzmacnia siłę biegową więc nie ma co narzekać. Na szczyt dotarliśmy w dobrej formie po 1 godzinie i 58 minutach, gdzie spotkaliśmy dziesiątki ludzi, miedzy innymi płaczące dzieci, uskarżające się na brak siły i zdesperowanych rodziców usiłujących namówić je na zejście w dół.






            Na szczycie ze względu na zbyt liczne towarzystwo, tylko szybkie zdjęcia, batonik do paszczy i droga powrotna, która zresztą nie przebiega całkiem w dół, jest bowiem kilka podbiegów - to niesprawiedliwe bo przecież powinno być tylko w dół ;-). W czasie zbiegania wyjątkowo satysfakcjonujące były spojrzenia turystów, trzeba zaznaczyć dużo młodszych od nas, gdy biegliśmy szybko, a oni prawie na tyłkach człapali po kamieniach. Po wycieczce powinny boleć nogi, a ich będą bolały tyłki - dziwne ale prawdziwe. Trasa wspaniała, zjawiskowe widoki, czyste powietrze, urozmaicona konfiguracja oraz nawierzchnia, tylko jak dla nas nie w wakacje. Ilość ludzi niwelowała zalety szlaku. Bieszczady to cudowne miejsce ale niestety nie w sezonie urlopowym, kiedyś można było tam sie spokojnie bawić w bushcraft, którego przyznam zaczyna nam coraz bardziej brakować. Obecnie jest dużo trudniej ze względu na drogi, asfalty ścieżki spacerowe, monitoringi i parki - ale cóż to cena postępu... niestety. Oczywiście nie mam nic przeciwko parkom narodowym i nigdy nie praktykowaliśmy tego typu działalności na ich terenie.



Cała trasa zajęła nam 3 godziny i 13 minut, na której pokonaliśmy 16,57 km oraz 810 m przewyższenia. Na parkingu BPN mogliśmy spokojnie się przebrać i umyć korzystając z toalety, zresztą darmowej i z ciepła wodą. W Ustrzykach dostępne są barki, restauracja, sklepy spożywcze (dwa) i sklepiki z pamiątkami, wyrobami z drewna oraz lokalnym piwem - niestety bardzo drogim.


Tym sposobem trzeci szczyt z korony został zaliczony. Następne będą Mogielica i Lubomir.

poniedziałek, 16 lipca 2018

"W koronie nam do twarzy - czyli początek Biegowej Korony Beskidów Polskich"


            Magda ze swoim kolegą z pracy, w ramach badań naukowych, w zimie zdobyli Koronę Beskidów Polskich. Teraz, w lecie, zdobyli ją drugi raz, przy okazji drugiej serii badań. Przyznam, że zrobiło mi się trochę żal, choć na większości z tych gór byłem wielokrotnie, różnymi szlakami albo nawet bez szlaku, ale na niektórych nie byłem wcale. Postanowiłem naprawić ten błąd i zdobyć wszystkie po kolei, ale nie idąc, bo to trochę zbyt łatwe, lecz wybiec na wszystkie dziewięć szczytów.

Tak jak przypuszczałem Magda dołączyła się do przedsięwzięcia i tym sposobem rozpoczęliśmy zdobywanie górek.

Do zaliczenia jest dziewięć najwyższych szczytów w poszczególnych pasmach Beskidów leżących w Polsce.


            Na pierwszym stopniu podium znajduje się Babia Góra (1725 m.n.p.m.) jako najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, a jednocześnie całych Beskidów polskich.

Druga pod względem wysokości na liście znajduje się Tarnica (1346 m.n.p.m.) będąca najwyższym szczytem Bieszczadów. Trzecie miejsce zajmuje Turbacz (1310 m.n.p.m.) będący najwyższą górą w Gorcach. Na miejscu czwartym plasuje się Radziejowa (1266 m.n.p.m.) najwyższy szczyt Beskidu Sądeckiego.

Skrzyczne (1257 m.n.p.m.) najwyższa góra w Beskidzie Śląskim na miejscu piątym.

Miejsce szóste zajmuje Mogielica (1170 m.n.p.m.) najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, bardzo często pomijana na rzecz bardziej znanego Lubonia Wielkiego, który posiada największą wybitność ale jest niższy od Mogielicy.

Na miejscu siódmym znajduje się Lackowa (997 m.n.p.m.) jako najwyższa góra w Beskidzie Niskim i mimo niewielkiej wysokości na szlaku czerwonym od zachodu znajduje się najbardziej strome podejście w polskich górach nie wliczając Tatr. Jest to też góra na której można spotkać najmniejszą ilość turystów - wspaniałe miejsce.

Zajmujący ósme miejsce Czupel (930 m.n.p.m.) to najwyższy szczyt Beskidu Małego.

Na miejscu dziewiątym znajduje się Lubomir (904 m.n.p.m.) najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego. Lubomir wzbudza wśród geografów duże kontrowersje pod względem swojego położenia. Jedni twierdzą iż znajduje się on w Beskidzie Wyspowym, a jako najwyższy szczyt podaję się Mędralową. Inni podają, że Mędralowa znajduje się już w Beskidzie Żywieckim, więc najwyższy pozostaje Lubomir. Jest z tym trochę zamieszania, ale przeważają stwierdzenia na korzyść Lubomira i tego się trzymamy.


            W niektórych informacjach we "wszechwiedzącym" internecie spotkałem się z zaliczaniem do Korony Beskidów Polskich najwyższego szczytu Pienin, czyli Wysokiej, zwanej też Wysokimi Skałkami, a nawet Trzech Koron. Otóż Pieniny nie należą do Beskidów, to po pierwsze, a po drugie Trzy Korony nie są najwyższe w Pieninach. Najwyższym szczytem Pienin jest Wysoka (1050 m.n.p.m.) a zarazem najwyższą górą w Małych Pieninach. Natomiast Trzy Korony (982 m.n.p.m.) są najwyższe w Pieninach Środkowych i posiadają największą wybitność w całych Pieninach. Reasumując, jako że Pieniny nie należą do Beskidów, więc Wysoka nie należy do Korony.

            Nasza przygodę biegową z Koroną rozpoczęliśmy od Beskidu Śląskiego, ale równocześnie od Beskidu Małego. Aby zaoszczędzić przebiegliśmy Skrzyczne i Czupel tego samego dnia. Dystanse są niewielkie, a przy obecnych cenach paliwa oszczędność znaczna. Na dodatek to dodatkowe wyzwanie, aby zaliczyć dwie górki w jednym dniu.


            Zaczęliśmy od Czupla, a może Czupela, trudno powiedzieć - niech będzie Czupla. Szlak, którym biegliśmy to oznaczenia zielone z miejscowości Wilkowice, to takie prawie przedmieścia Bielska-Białej. Parkingu tam niestety nie ma, więc trzeba zostawić samochód na parkingu pod sklepem - mały ruch i brak monitoringu pozwala na takie rozwiązanie. Trzeba się cofnąć kilkaset metrów w kierunku Bielska i tam trafiamy na szlak przy ulicy o bardzo apetycznej nazwie - Malinowa. Początek szutrem miedzy domami potem wbiegamy w las, gdzie zaczyna się dość stromy odcinek prawie do Chatki na Rogaczu. Potem to już łatwizna, prawie równo z niewielkimi wzniesieniami. Po drodze mijamy coś pomiędzy prywatnym schroniskiem a sklepem, a następnie prawdziwe schronisko PTTK na Magurce. Dalej to już spacerek droga szeroka i właściwie równa, tylko lekkie wzniesienie pod sam szczyt.



Na szczycie tylko kilka pamiątkowych zdjęć, batonik i szybko w dół. Czym szybciej tym lepiej - grawitacja robi swoje, a czas naglił. Droga w obie strony zajęła nam 2 godziny i 37 minut, na dystansie 13,8 km. Nie było co forsować tempa, przecież czekało nas jeszcze Skrzyczne. W Wilkowicach tylko szybkie przebranie w suche ubranie, lekki posiłek i pojechaliśmy pod Skrzyczne.


            Wyruszaliśmy z miejscowości Buczkowice szlakiem czerwonym. Tutaj z autem nie ma kłopotu, zostawiliśmy go na parkingu pod kościołem. W niedziele można skorzystać z parkingów w centrum miejscowości - wszystkie bezpłatne. Kościelny parking jest bliżej początku szlaku i na uboczu więc łatwiej się przebrać, bo ludzi mniej i nawet kół nie odkręcają. Trasa na Skrzyczne jest dość zróżnicowana pod względem konfiguracji. Ostry podbieg tylko jeden zaraz za Siodłem ale krótki, potem trochę łagodniej, ale nie płasko, cały czas w górę. Na krótkich odcinkach równiej i znów w górę. Minusem jest to, że właściwie od siodła ścieżka jest wąska potem bardzo wąska, a biorąc pod uwagę wakacyjny czas ilość osób na szlaku była duża. W związku z tym było trudno wyprzedzać piechurów, którzy z założenia poruszali się wolniej. Szczególnie trudne było wyprzedzenie skandynawskiej wycieczki, składającej się z kilkudziesięciu osób, na bardzo wąskiej i kamienistej ścieżce, pod górę, mając już w nogach Czupel. Niestety było to konieczne nie tylko ze względu na mizerne tempo ich marszu ale szczególnie na "aurę" jaką roztaczali wokół siebie. Sądząc po ich sprzęcie i obuwiu nie byli długo w trasie, tylko omijali prysznice i wanny szerokim łukiem, co skutkowało tym, że musieliśmy zaryzykować i mimo trudnego terenu zostawić ich w tyle jak najszybciej aby ocalić nozdrza, jak to mówił pewien znany Osioł - o mało nam nosów nie przeżarło. Potem już bez niespodzianek zdobyliśmy szczyt Skrzycznego, na którym mimo lata było dość chłodno, więc bez zbędnej zwłoki udaliśmy się w dolinę, gdzie temperatura była wyższa. Na parkingu byliśmy po 3 godzinach i 16 minutach, pokonując trochę ponad 14 km.



Tym sposobem dwa szczyty zostały zaliczone i pozostało jeszcze "tylko" siedem.

To był dobry początek, zobaczymy jaki będzie koniec. Jak wiadomo mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna tylko jak kończy.

sobota, 28 kwietnia 2018

17 PZU CRACOVIA MARATON już za nami :-)

 

Dawno nas nie było, ale przez ten czas dużo się wydarzyło i nie mieliśmy czasu na pisanie. Dwa razy ledwo udało się uratować życie Uziemu. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło, a Uzi jest z nami - słabiutki marniutki ale jest i powoli dochodzi do siebie. Na treningi biegowe też nie specjalnie był czas lub pogoda nie dopisywała. Czasem przez cały tydzień nie biegaliśmy, a  wolnej chwili wychodziliśmy na trening, a potem znów przez kilka dni nic. A Cracovia Maraton zbliżał się wielkimi krokami. Gdy wreszcie nadszedł nieubłaganie stanęliśmy na starcie z mieszanymi uczuciami i z myślą aby tylko to przebiec - czas nie ma znaczenia.
 
 Najważniejsze żeby go przebiec, a nie przejść, ponieważ limit czasu jest tak długi, że w zasadzie przejście całego dystansu jest możliwe. Jednak dla nas nie było takiej opcji jak chodzenie - Maraton to bieg, a nie marsz  i tego się trzymaliśmy. Nie był to nasz pierwszy maraton więc kwestia porównywania czasów zawsze przychodzi do głowy, jednak w przypadku braku odpowiedniego treningu trochę rozgrzesza.


























Magda popędziła szybko do przodu i widzieliśmy się dopiero na mecie. Skończyła zawody z dobrym czasem 3:52:35. Mnie biegło się świetnie gdzieś do 27 może 28 km. Potem musiałem trochę zwolnić ponieważ braki treningowe i przede wszystkim temperatura zaczęła dawać się we znaki. Na mecie dowiedziałem się, że odczuwalna temperatura na trasie wynosiła około 30 stopni C. Najlepsza temperatura do biegów długich to około 12 do 15 stopni - więc te 30 to naprawdę dużo. Wszyscy na mecie narzekali na gorąco. Jakoś się udało przebiec - podkreślam przebiec - nie przejść. Mój czas nie jest powalający 4:18:36, ale i tak jestem zadowolony z wyniku, zwłaszcza w takim upale, którego nie lubię. Na następny dzień nie było nawet większych problemów z przemieszczaniem, może trochę na schodach było czuć mięśnie na nogach. Ogólnie jesteśmy zadowoleni z wyniku i czekamy na następne zawody.
 

poniedziałek, 4 września 2017

MÓJ PIERWSZY ULTRAMARATON ZALICZONY :-)

Tak wyglądałam przed biegiem :-)

Długo wyczekiwany dzień już za nami 2 września 2017 roku odbył się "II Ultra Janosik"  - oj działo się. Ale po kolei... był to mój pierwszy prawdziwy "ultramaraton" dla niewtajemniczonych to każdy bieg na dystansie dłuższym niż zwykły maraton czyli 42,195 km. Mój pierwszy "ultra" liczył sobie 53 km z hakiem przy przewyższeniach: + 1756 m, - 1756 m i wiódł przez piękne Pieniny Spiskie.
Co prawda pogoda nie nastrajała do podziwiania widoków było pochmurno, zimno a deszcz wisiał na włosku - wymarzona pogoda na taki długi bieg. Szczerze to nie wyobrażam sobie biegu otwartymi halami i łąkami w prażącym słońcu.
Jak wiadomo do takiego biegu należy się właściwie przygotować - można powiedzieć w trzech aspektach: fizycznym, psychicznym i technicznym.
Przygotowanie fizyczne to oczywiście właściwy trening, który znów w moim przypadku był utrudniony przez paskudną kontuzję, której nie mogę się pozbyć od lutego :-(.
Przygotowanie techniczne widać na poniższym zdjęciu czyli większość mojego ekwipunku - żele energetyczne, bukłak na wodę, pulsometr zegarek z gps i wiele innych ;-)
Przygotowanie psychiczne to chyba najważniejszy element górskich biegów, a szczególnie tych na długich dystansach - gdy tzw. siada głowa, spada morale i już po Tobie. Gdy wszystko zaczyna boleć, masz przed sobą jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, kilka stromych podbiegów i kilka ładnych godzin wysiłku to głowa zaczyna płatać figle - zaczynasz się zastanawiać po co? po co się tak męczyć przecież właśnie można było siedzieć w fotelu przed telewizorem lub komputerem - popijać kawę, piwo czy cokolwiek innego; można było w tym czasie robić tysiące innych rzeczy, które nie sprawiają Ci bólu, przy których nie zastanawiasz się kiedy pojawią się pęcherze, kiedy odezwie się niedoleczona kontuzja lub cokolwiek innego co spowoduje, że Twoje marzenia prysną jak mydlana bańka. Właśnie te marzenia, pasja chęć przekroczenia kolejnej granicy swojej psychiki i całego organizmu sprawiają, że kryzys mija znajdujesz ukryte pokłady siły i stawiasz kolejny krok i za nim kolejny. Patrzysz na innych biegaczy zmagających się z trasą i własnymi słabościami - widzisz ich delikatny uśmiech, zamieniasz parę słów i znów czujesz w sobie siłę.
Mnie dopadł taki kryzys gdzieś przed Dursztynem miałam wtedy około 20 km do mety i przed sobą koszmarny podbieg pod górę Żar (najwyższy szczyt Pienin Spiskich) - organizatorzy napisali o nim, że to "podbieg, właściwie podejście, a tak naprawdę to czołganie" i tak było - był to najtrudniejszy odcinek trasy - nie tylko pod względem nachylenia, ale też trudności i niebezpieczeństw m.in. spadających luźnych kamieni. Taki mały podbieg,  a tak wiele można było się o sobie dowiedzieć. Było trudno ale w końcu udało się przezwyciężyć kryzys fizyczny i złe myśli (tutaj dziękuję dwóm Krzyśkom spotkanym na trasie dzięki, którym ostatnie kilometry minęły miło i dużo szybciej niż w samotności). Na mecie zameldowałam się po 7:18:11 - był to mój najdłuższy czas spędzony na trasie.

 Na mecie jak zwykle czekała reszta drużyna psinki-muffinki.pl czyli Zbyszek i "trener" Uzi :-), którym bardzo dziękuję za wsparcie zarówno psychiczne, jak i techniczne - Zbyszek stał się mistrzem "tejpowania" bez tych cudownych taśm pewnie pogubiłabym niektóre elementy ciała ;-) i oczywiście nic tak nie poprawia morale na mecie jak kromka chleba z żółtym serem, herbatka i cudowne całusy od Uzika - chłopaki jesteście niezastąpieni.
Cieszyłam się jak dziecko, że udało mi się przebiec ten dystans -  dodatkowo mieszcząc się w limicie czasu wynoszącym 9 godzin. Jeszcze większą radość sprawił mi sms od organizatorów z informacją, że jestem 8 wśród kobiet i 3 w kategorii wiekowej :-). Z tego też względu na następny dzień nie udaliśmy się od razu w podróż na wakacje - przecież musiałam odebrać swoją nagrodę ;-).
Zbyszek do tej pory się ze mnie śmieje, że tak się musiałam męczyć, żeby dostać jakiś kamień ;-)
Cóż dla mnie to był bardzo ważny kamień :-).

sobota, 26 sierpnia 2017

KUCHNIA NA 4 ŁAPY i NOS_ Zbliża się jesień psinki-muffinki.pl zostały "zaatakowane" przez Malinowe misie













Dużymi  krokami zbliża się jesień, a wraz z nią nostalgia, wspomnienie lata ale też ostatnie w tym sezonie... maliny. Nie ma nic pyszniejszego jak malinki, mocna kawa i coś słodkiego. Czy nasi czworonożni przyjaciele mogą liczyć na takie łasuchowanie???  Cóż kawy nie polecam - choć dużo psów ją uwielbia - przy Uziku trzeba dzielnie bronić filiżanki z kawusią ;-). A co ze słodyczami też niewskazane szczególnie te z białym cukrem i czekoladą. Jednak nie można im wszystkiego odmawiać - a trzeba pamiętać, że u psów najlepiej działającymi kubkami smakowymi są te skierowane na smak słodki.
      Z tego też względu w naszej małej rodzinnej psiej cukierni (psinki-muffinki.pl) mamy w asortymencie też ciastka lekko słodkie owocowe lub warzywne. Ze względu na zbliżającą się jesień do naszej kuchni zawitały - co prawda nie tatrzańskie niedźwiedzie ale sympatyczne Malinowe misie.
 Z dużą zawartością świeżych malin, na mące owsianej, a ich słodycz pochodzi od zdrowego pszczelego miodu. Wszystkie jak widać na poniższych zdjęciach są ręcznie robione :-).


Maliny zawierają wiele witamin:
Witamina C, tiamina, ryblofawina, niacyna, wita. B6, kwas foliowy, wit. A, wit. E, wit. K oraz minerały: wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, sód, cynk








Ciastka bezmięsne są też świetnym rozwiązaniem dla psów "nerkowców", które muszą ograniczać ilość białka.
 Wkrótce przedstawimy kolejne smaki :-)

Zapraszamy i życzymy smacznego!!!!






poniedziałek, 31 lipca 2017

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - "Upał, upał, upał czyli, jak nie zabić swojego psa"



            W ostatnich dniach nad Polskę nadciągnęła fala upałów - dla jednych ludzi upragniona, dla innych "przeklęta". Istnieją ludzie dla, których 20oC to już skwar i są też tacy, którzy przy 35oC zakładają lekki sweterek. Tak czy inaczej Homo sapiens jest całkiem dobrze przystosowany do dość wysokich temperatur (choć naukowcy twierdzą, że i tak lepiej nasze organizmy znoszą bardzo niskie temperatury, niż bardzo wysokie) - najważniejsze są oczywiście gruczoły potowe rozmieszczone na prawie całym ciele - nic tak dobrze nie reguluje temperatury ciała, jak pocenie się. Poza tym w naszej skórze znajdują się dwa rodzaje komórek reagujących na temperaturę – tak samo mamy wykształcone receptory odbierające ciepło jak i zimno. A jak to wygląda u naszych psów??
            Według niektórych autorów psy w ogóle nie posiadają receptorów ciepła (z wyjątkiem tych znajdujących się wokół pyszczka szczeniaka) natomiast dobrze wykształcone mają te odpowiedzialne za czucie zimna. Inni znów twierdzą, że psy posiadają oba te typy receptorów ale tych reagujących na ciepło jest mniej i są głębiej zlokalizowane (ciepło – 0,3 mm, zimno – 0,18 mm).  Nie oznacza to, że psy nie odczuwają ciepła tylko to odczuwanie jest nieco inne niż u nas. Poszukują one miejsc ciepłych aby zminimalizować uczucie zimna.
            Pies nie reaguje na ciepło tak jak my cofając się, dopiero gorąco musi uszkodzić skórę i wtedy reaguje na ból zarejestrowany przez receptory bólu. Dlatego pies będzie szedł rozgrzanym asfaltem aż do chwili, gdy jego łapy będą dotkliwie poparzone - niestety wielu opiekunów nie zwraca na to uwagi twierdząc, że skoro idzie tzn. że nic się nie dzieje. Niestety to my ludzie musimy czuwać nad bezpieczeństwem naszych czworonogów - zrób test podłoża (chodnika czy asfaltu) przyłóż do niego gołą rękę na 5 sekund jeżeli poczujesz, że jest gorący i nie możesz dłużej wytrzymać to oznacza, że Twój pies poparzy na nim łapy. Często też nie zwracamy uwagi na psa długo leżącego w słońcu, wielu opiekunów twierdzi, że pies wie co robi. Niestety nie zawsze - niektórzy weterynarze twierdzą, że w czasie takiej "drzemki" w upał w nasłonecznionym miejscu nas pies może nawet kilkakrotnie tracić przytomność - i może to doprowadzić do udaru cieplnego lub nawet śmierci. Musimy myśleć za nasze psy.
Psy o wiele łatwiej radzą sobie z zimnem niż gorącem.
Dlatego tak niebezpieczne jest przegrzanie psa w upalny dzień. Często twierdzi się, że gęste futro powoduje u psa przegrzanie. Nie jest tak do końca, futro izoluje psa przed wysoką temperaturą, jednak gdy jest bardzo gorąco ciepło kumuluje się w organizmie i wówczas futro staje się barierą przed chłodzeniem. Pies chłodzi się tylko przez dyszenie i pocenie się poduszkami łap i to nie wszystkie rasy. Obecnie bardzo popularne jest strzyżenie lub wręcz golenie psów na lato i to różnych ras nawet syberian husky. Nie jest to dobre rozwiązanie dla zdrowia naszego psa. Psów, które mają gęstą, dwuwarstwową sierść w ogóle nie należy strzyc. W przypadku innych można ją tylko nieco skrócić góra do 7 mm. Poniżej zdjęcie psa zrobione kamerą termowizyjną - kolor żółty to obszar ogolony, widać ile wyższą temperaturę ma ta część ciała niż ta nie ogolona.

Ostatnia kwestia to spacery - nawet jeżeli my ludzie odczuwamy przyjemność ze spacerowania przy temperaturze powyżej 350C w cieniu - nie oznacza to, że nasz pies również. Często popełniamy błąd zbytniego antropocentryzmu - na wszystko patrzymy z naszej ludzkiej perspektywy. W trakcie upałów ograniczmy psu wysiłek fizyczny szczególnie na otwartej przestrzeni i w godzinach przedpołudniowych. Długi spacer (jeżeli pies będzie miał na niego ochotę) musi odbyć wczesnym rankiem lub późno w nocy. Poranny jest o tyle lepszy, że po nocy wszystko jest nieco wychłodzone. Nie zapomnijmy o wodzie i to nie tylko na spacerach. Jeżeli nasz pies przebywa w ogrodzie musimy zapewnić mu zacienione miejsce do odpoczynku i stały dostęp do świeżej wody. Często polecaną aktywnością na upały jest tropienie - pamiętajmy jednak, że pies pobierając porcję zapachu nie może dyszeć - jeżeli nie dyszy nie chłodzi się. Na czas upałów odpuśćmy naszym psom jakiekolwiek szkolenia, treningi i inne aktywności - zwykły powolny spacer w cieniu wystarczy.
            Jednym słowem upały są niebezpieczne bardziej dla naszych zwierząt niż dla nas samych. Jeżeli Ty sam marzysz już o ochłodzeniu, nie możesz się na niczym skupić - pomyśl co musi przeżywać Twój pies.

Pamiętajmy też o innych zwierzętach: dzikich, bezdomnych, ale też tych należących do nieodpowiedzialnych opiekunów - pozostawionych na łańcuchach lub zamkniętych w samochodach. 

wtorek, 25 lipca 2017

Urodziny Uziego


W piątek 21 lipca mieliśmy wielką uroczystość, a mianowicie czternaste urodziny naszego Uziego.
Sześciotygodniowy Uzi
Podczas pierwszej wycieczki

Trzeba zdjąć te wredne szelki

Odbyły się na przedłużanym weekendzie w Piwnicznej. Dziadek zafundował Uziemu wyjazd, my załapaliśmy się również. Dostał różne smakowite prezenty, nawet takie które na co dzień są zakazane, a w urodziny wyjątkowo mogą zostać spożyte.

Spodziewaliśmy się małej niestrawności, ale obyło się bez sensacji. Nasza prababcia zawsze powtarzała, że jeśli coś komuś smakuje to nie zaszkodzi nawet w nadmiarze. Tego się trzymam jeśli chodzi o spożycie złocistego trunku.

W czasie urodzin Uzi też nim został poczęstowany i oczywiście nic mu nie było. Aby wypocić pozostałości po uroczystości pobiegliśmy z Piwnicznej na Wielki Rogacz, a dostojny jubilat wypoczywał śpiąc na trawie.


Te czternaście lat zleciało bardzo szybko, wydaje się że co dopiero był szczeniakiem, a tu już taki "dojrzały" wiek. Forma fizyczna i pogoda ducha, a także radość z życia mu dopisuje i oby tak dalej przez kolejne wiele lat. 100 lat Uzi.


Dużo zdjęć Uziego ale i uroczystość wyjątkowa. Jeszcze raz 100 lat.