poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Sport, turystyka... po co to komu????




Podobno nie ma głupich pytań, tylko są głupie odpowiedzi. I tutaj jest wyjątek, jak zresztą zawsze, od każdej zasady taki wyjątek się znajdzie. Bo jak udzielić odpowiedzi na pytanie: po co idziecie w góry - przecież to wszystko można zobaczyć w internecie, wejdziecie na szczyt tylko po to, żeby zaraz z niego zejść, tam przecież nie ma nic ciekawego, można jechać w miejsce, gdzie da się dojechać samochodem... Co odpowiedzieć aby nie użyć szablonowych określeń w rodzaju: chce się zmierzyć z górą (to w przypadku tych wyższych, w Gorcach to zabrzmiałoby co najmniej śmiesznie), obcować z przyrodą, podziwiać widoki, przebywać na świeżym powietrzu...
 
 
Choć to wszystko prawda, ale nie brzmi przekonująco. Zadający i tak nie zrozumie powodów dla, których chodzimy po górach. Można odpowiedzieć żartem, lub nie udzielić żadnej odpowiedzi, ale opcja druga jest raczej mało kulturalna. Żartobliwa odpowiedź jak choćby: lubię drapać się tam gdzie mnie nie swędzi, idę żeby zjeść śniadanie na szczycie ponieważ na większych wysokościach mam lepszy apetyt, lubię chodzić na dół ale żeby to zrobić trzeba najpierw wejść na górę, mogą się sprawdzić lecz tylko na pierwszym etapie rozmowy lub wtedy gdy przeciwnik nie jest nazbyt dociekliwy. Takie argumenty nikogo nie przekonają, że to co robimy ma jakikolwiek sens. W tym miejscu trzeba postawić kilka zasadniczych pytań, a pierwsze z nich to pytanie o alpinizm i himalaizm.
 
Ludzie ryzykują życie, a wielu z nich ginie, po to żeby wyspinać się na szczyt, na którym była już cała masa  innych ludzi. Większość powiela nawet drogę na szczyt, w końcu ich też jest ograniczona ilość. Odpowiedź jest prosta: to się nazywa pasja. Zrozumie to każdy kto takową posiada, niezależnie jaka by nie była, od sportów wyjątkowo ekstremalnych do przysłowiowego zbierania znaczków - filateliści nie mają się co obrażać, jako dziecko też zbierałem znaczki, potem poszedłem w innym kierunku.

 
Takie rozważania można posunąć jeszcze dalej, a mianowicie do sportu zawodowego - pomijając kwestie finansowe. Czy 22-uch dorosłych mężczyzn uganiających się po kawałku trawnika za jedna piłką nie jest, z pewnego punktu widzenia, kuriozalne? Na dodatek płacą im za to tak ogromne pieniądze, że każdy z nich może sobie kupić tysiące takich piłek, więc po co zabierać ją innym. To oczywiście nie jest moje zdanie na temat sportu, ale są ludzie podważający zasadność finansowania zawodowego sportu, argumentując iż jest on nikomu do niczego nie potrzebny, a pochłania olbrzymie pieniądze. Gdybyśmy zaczęli tak na poważnie podchodzić do rzeczy pozornie niepotrzebnych to prawie nic nie zostanie prócz dachu nad głową, pokarmu i względnego bezpieczeństwa.
 

 
Czy powinniśmy się cofnąć do epoki neandertalczyka? Wszystko poza tym co niezbędne do przeżycia, w zasadzie nie jest potrzebne, ale to czyni z nas ludzi myślących i odróżnia od zwierząt, choć i te czasem robią coś dla ducha, nie tylko dla ciała. Bo po co tworzymy dzieła sztuki, komponujemy muzykę, piszemy wiersze, po co uprawiamy sport, ubieramy się w modną odzież, strzyżemy dziwne fryzury czy wreszcie dlaczego hodujemy zwierzęta towarzyszące. Można powiedzieć, że to w zasadzie nie ma sensu, ale ludzie podobne rzeczy robią odkąd zeszli z drzewa. A może dlatego zeszliśmy aby to robić - kto to może wiedzieć.


 
Ktoś zadający pytanie "po co to robisz" nie uzyska zadawalającej odpowiedzi, ponieważ pobudek pasjonata, ktoś nie posiadający pasji nie zrozumie. Nie należy jednak osądzać kogoś zbyt pochopnie, ponieważ może to być pytanie zadane przez osobę, która potrzebuje zachęty, a nie nagany lub zadaje je ktoś walczący z jakąś fobią i jest zaskoczony faktem, że my możemy robić rzeczy tak "przerażające".

niedziela, 19 lipca 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - Zapiekanka ziemniaczana z cukinią i sosem serowym



 


Potrawa powstała z potrzeby chwili, po prostu te składniki miałem w domu, a coś trzeba było zjeść. Co do smaku, każdy musi sam ocenić, jak mawiali Rzymianie "nad gustami się nie dyskutuje".

Składniki:
- około 1kg ziemniaków
- 2 małe cukinie
- suszone pomidory 6-7 kawałków
- ser dojrzewający z przerostem np. niebieskiej lub zielonej pleśni, ważne aby  dobrze śmierdział
- oliwa z oliwek
- łagodna musztarda
- białe wino około 100ml
- sól morska
- pieprz

 
Ziemniaki kroimy w plasterki i blanszujemy 3 góra 4 minuty, oczywiście wrzucamy na osolony wrzątek. Odcedzamy i można je zahartować zimną wodą. Potem w czasie zapiekania potrafią się rozpaść, jeśli ktoś lubi bardzo miękkie ziemniaki, ten etap można pominąć.

 
Cukinie obieramy ze skórki jeśli są trochę większe, malutkie zostają w skórce. Tych wielkich lepiej nie używać, bo ani smaczne ani wygodne w użyciu, trzeba wyciągać pestki, są dość twarde, lepiej szukać małych. Rozmiar ma znaczenie i w tym przypadku małe jest lepsze. Kroimy na plasterki i lekko solimy. Niech sobie chwilkę poleży, a w międzyczasie przygotujmy coś w rodzaju marynaty, tzn. oliwę mieszamy z łagodną musztardą, tak by uzyskać jednolitą zawiesinę. Teraz przerzucamy do plasterków cukinii i dokładnie mieszamy ze sobą, najlepiej zrobić to najzwyczajniej łapą i odstawić aby składniki się połączyły.

 
 
Pomidory są twarde więc dobrze jest je namoczyć w ciepłej wodzie, żeby zmiękły, ponieważ potem trzeba je będzie drobno pokroić, a dodatkowo pozbędziemy się soli, która jest używana w procesie suszenia do konserwacji.


Teraz przyszedł czas na przygotowanie sosu do zalania zapiekanki. Ser kruszymy na jakiekolwiek kawałki zalewamy winem, koniecznie białym - czerwone spowoduje, że sos będzie miał paskudny kolor i blendujemy na krem.


Naczynie żaroodporne smarujemy oliwą i układamy warstwy: ziemniaki, cukinia troszkę pokrojonych pomidorów, posypujemy świeżo zmielonym pieprzem i następna warstwa. Na koniec zalewamy sosem serowym i do piekarnika pod przykryciem.

Zapiekać trzeba tak długo aż wszystkie składniki będą miękkie, szczególnie cukinia, która była surowa. Smacznego!


poniedziałek, 29 czerwca 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - FUCZKI łemkowskie – czyli II Bieg Wierchami od "kuchni"


                Zawsze mówiono, że podróże kształcą pod wszelkimi względami – ale szczególnie jeśli chodzi o historię, kulturę oraz kuchnię zwiedzanych regionów. Jak pisaliśmy wcześniej 20 czerwca mieliśmy przyjemność startować w II Biegu Wierchami, który odbywał się w Rytrze. Jak wszystkim wiadomo miejscowość ta leży w pięknym Beskidzie Sądeckim. Bieg Wierchami to nie tylko wydarzenie sportowe – towarzyszyły mu również imprezy rozrywkowe oraz pokaz specjałów kuchni łemkowskiej (obszar łemkowszczyzny to przede wszystkim Beskid Niski, ale również część Beskidu Sądeckiego i Bieszczadów). Po przebiegnięciu 30 km po górach w czasie, którego człowiek nawadnia się i dostarcza energii w postaci żeli – o niczym innym tak nie marzyliśmy jak o posiłku o stałej konsystencji. Organizatorzy oczywiście stanęli na wysokości zadania i można było liczyć na tzw. posiłek regeneracyjny w tym wypadku był to żurek z jajkiem, bułka i gorąca herbata – cóż wegetarianie w Polsce na biegach nie mają łatwo ;-). I tu wielkie podziękowania dla Pani wydającej posiłek, która zlitowała się nad nami i wręczyła nam bułki, które przekroiła i zaopatrzyła ich środek jajeczkiem dodatkowo kubek gorącej herbaty – sprawił, że mogliśmy pokonać na piechotę jeszcze 2 km do pensjonatu Relaks w którym stacjonowaliśmy :-). Po umyciu się i przebraniu skorzystaliśmy z dobrodziejstwa pobliskiej karczmy i „spałaszowaliśmy” ruskie pierogi – pycha. Po chwili odpoczynku postanowiliśmy udać się na miejsce meta –start aby kibicować biegaczom kończącym tzw. „50” czyli bieg na 50 km. Cóż, podobno nie ma nic lepszego po wyczerpującym biegu jak „kufelek” piwa, choć jego właściwości jako świetnego napoju „regeneracyjnego” już dawno obalono – to na morale zawodników wpływa idealnie :-). Jak wszystkim wiadomo „złocisty trunek” plus spalone ponad 2000 kalorii spowodowały, że zapragnęłam coś zjeść – grill niestety oferował tylko potrawy mięsne ale...
Tu z pomocą przyszły stoiska miejscowych Stowarzyszeń oferujące specjały kuchni łemkowskiej. Jako, że jestem fanką wszelkich placuszków, „kotlecików” moją uwagę przykuły fuczki łemkowskie. Oczywiście moje pierwsze pytanie czy zawierają produkty mięsne – jaka odpowiedź – nie jak prawie wszystkie potrawy łemkowskie. Jest to całkiem oczywiste – to przecież kuchnia biednych ludzi. Jedli to co wyhodowali na polu uprawnym lub w ogrodzie oraz to co znaleźli w lesie. I takie też są fuczki proste, sycące i ogromnie pyszne. Co to takiego - placuszki smażone na patelni podobnie jak placki ziemniaczane – ale ich skład Was zaskoczy :-).
FUCZKI ŁEMKOWSKIE (tradycyjnie podawane z sosem czosnkowym)
Fuczki:
- około 1,5 szklanki mąki owsianej (cóż w górach nie uprawiane nic innego, a szczególnie pszenicy); 
- około 1,5 szklanki mąki gryczanej – można całość zrobić z owsianej – ale gryka na wschodzie była uprawiane więc czemu nie ;-)
 
- 2 jajka;
- mleko lub woda – ja daje pół na pół;

- trochę proszku do pieczenia lub sody oczyszczonej;
- olej do smażenia;
- sól;
-czarny pieprz;
- kminek – ja nie przepadam za tą przyprawą, ale łagodzi skutki spożywania kapusty ;-)
- cząber
- około 20 dkg kapusty kiszonej –to ten zaskakujący składnik – pycha wychodzą jeżeli użyjemy młodej kiszonej kapusty :-).
 
Sos:
Ja zrobiłam sos taki jak zawsze robiła moja mama czyli na bazie zasmażki, aby można było podać go na ciepło – ale możecie zrobić jakikolwiek sos czosnkowy.
- trochę margaryny np. Kasia lub masła
- kilka łyżek mąki;
- sól;
- świeży czosnek – ilość zależna od tego jakiej mocy chcemy nasz sosik.
Moja mini patelenka - z testowym "fuczkiem"

Wykonanie jest dziecinnie proste z obu gatunków mąki, jajek, mleka, proszku do pieczenia robimy gęste ciasto naleśnikowe do tego dodajemy drobno siekaną kapustę (zdania są podzielone czy powinna być surowa czy gotowana. Ja dałam surową – podobno taka była w tych oryginalnych – co ma swoje wytłumaczenie – zachowuje więcej witamin), sól, pieprz i cząber. Wszystko mieszamy robi się nam gęste ciągnące się ciasto (jak jest za rzadkie to dodajemy mąki, jak za gęste to wody). Smażymy na gorącej patelni jak placki ziemniaczane.

Teraz czas na sos:
W rondelku roztapiamy tłuszcz, dodajemy mąkę i robimy zwyczajną zasmażkę – gdy rozprowadzimy ją odrobiną wody, dodajemy śmietanę lub jogurt naturalny oraz czosnek, doprawiamy solą. Jeśli chodzi o czosnek ja dałam połowę surowego, a połowę lekko zrumienionego na patelni. Gdy sos nam zgęstnieje zdejmujemy z kuchenki – gotowy.

Fuczki podajemy prosto z patelni z gorącym sosem – proste, ale bardzo sycące i smaczne danie.

Życzę smacznego :-)

sobota, 27 czerwca 2015

Z BUTA - II Bieg Wierchami - Rytro


II Bieg Wierchami
 
 
 
Dlaczego ludzie męczą się biegając, zwłaszcza po górach, inwestując w to sporo pieniędzy, ryzykując kontuzję, poświęcając czas. W razie kontuzji, która jest nieodłączną częścią sportu, trzeba leczyć się w prywatnych gabinetach, NFZ raczej nas wyśmieje. Chcemy powrócić do zdrowia szybko, a NFZ i szybkość ma się jak kwiatek do kożucha. Dlaczego - bo to dobra zabawa, satysfakcja z pokonania dystansu, konkurentów i własnych słabości.
Tak też było 20 czerwca w Rytrze na II Biegu Wierchami. Przebiegliśmy 30 kilometrów, zaliczając po drodze Prehybę i Radziejową. Lepsi od nas pokonali dystans 50 kilometrów. Co najważniejsze dopisała pogoda, nie było deszczu i panowała przyjemna temperatura około 15-16 stopni. Choć najlepsza temperatura do biegania to 12 stopni, ale w czerwcu trudno o ideał - zresztą nic nie jest idealne.

Zaskoczeniem była zawartość pakietów startowych. Kobiety dostały piękną góralską mini spódniczkę, a mężczyźni oryginalny, ręcznie robiony kapelusz Czarnych Górali.
Co tu opisywać trasę, miejscami było ciężko, gdzie indziej łatwiej, a czasem zbiegi były trudniejsze niż podbiegi. Biegliśmy, biegliśmy i biegliśmy - na 30 kilometrów, a zawodnicy na 50 kilometrów, biegli, biegli, biegli i jeszcze potem biegli i biegli. A na końcu biegu już za metą każdy dostał medal z lakierowanego gipsu.
 
Tak może pomyśleć ktoś kto nigdy nie uczestniczył w zawodach. Z bieganiem jest jak z polityką, albo się jej nienawidzi albo kocha bez względu na konsekwencje. Nie ma wartości pośredniej, wszystko jest czarne lub białe, bez szarości.

 
Wracając do Biegu Wierchami, trzeba wspomnieć o imprezach towarzyszących. W sobotnie popołudnie zorganizowane były przedstawienia dla dzieci, inscenizacja średniowiecznej bitwy i pokaz czołgu z lat trzydziestych. Nawet dorośli, a może zwłaszcza dorośli wracając do lat dziecinnych, bawili się podczas przedstawienia o Koziołku Matołku. Aktorzy z teatru z Nowego Sącza w bardzo zabawny sposób zinterpretowali bajkę Kornela Makuszyńskiego. To wszystko było dla ducha , ale organizatorzy pomyśleli o czymś dla ciała, a mam na myśli grill i "złocisty trunek".

Na pikniku można było również zjeść lokalne potrawy przygotowane przez gospodynie z okolicznych miejscowości. Szczególnie zasmakowały nam łemkowskie fuczki - placki, na które przepis zostanie zamieszczony na naszym blogu. Zapraszam do wypróbowania, zrobiliśmy - polecam. Naprawdę smaczne choć bardzo proste jedzenie.     

czwartek, 28 maja 2015

Z PSEM PRZEZ ŻYCIE - Wyprawa na Mogielicę

 
 
Uzi kontempluje krajobraz
 
Mogielica to mało znany szczyt, choć jest najwyższy w Beskidzie Wyspowym. Ma ona wysokość 1171 m n.p.m., może to niewiele, ale sorry takie mamy góry.
Ruszyliśmy z przełęczy Rydza Śmigłego, tam można bez problemu zaparkować auto, ponieważ nie ma zbyt dużego ruchu turystycznego i zawsze znajdzie się jakieś miejsce.
Po drodze przeszliśmy przez piękne polany, z których rozpościera się wspaniały widok na pobliskie pasma, a nawet na Tatry.
 


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Rosną na nich krzaczki borówki czarnej, o tej porze roku dopiero kwitną, ale można się tam wybrać na ucztę gdy dojrzeją... o ile nie przepędzi nas największy smakosz - niedźwiedź.
 
Kwitnące borówki czarne
Nie wiem co kwitło na polanach, czy może to efekt jakiegoś promieniowania, albo udaru słonecznego, ale fakt jest taki, że Magda postanowiła pogryźć Uziego. Na początku podjął wyzwanie, ale potem postanowił zrezygnować z konfrontacji... pies to bardzo mądry zwierzak.
Podejmuje wyzwanie

Rezygnuje z konfrontacji
 

 
Na szczycie Mogielicy stoi dość wysoka wieża widokowa, z której można podziwiać przepiękne panoramy. Zbudowano ją ponieważ wierzchołek zarósł wysokimi drzewami i ktoś uznał, że jest niezbędna. Podobna wież stoi na Radziejowej, postawiona prawdopodobnie z tych samych powodów. Nie jest to chyba najlepszy pomysł stawianie takowych konstrukcji na szczytach gór, bo ani to ładne, ani potrzebne, ale cóż... jest to jest, nic na to nie można poradzić. Można mieć nadzieję, że nie będzie podobnych pomysłów na innych górach.
Trasa z przełęczy Rydza Śmigłego jest łatwa i krótka (niecała godzina), ale idąc nią natkniemy się na jeden fragment gdzie na drodze będziemy mieć pod nogami dość duże i luźne kamienie. Dla ludzi obutych w coś solidnego to nic strasznego, ale gdy towarzyszy nam pies może sobie potłuc lub nawet pokaleczyć łapy. Żeby nie narażać Uziego na kontakt z takim podłożem ominęliśmy go schodząc ze szlaku na stokówkę, potem przez łąkę, kawałek przez las i wróciliśmy na szlak. Wracając poszliśmy już szlakiem ponieważ słońce mocno operowało i obawialiśmy się aby w borówkach nie natknąć się na żmiję. Uzi, co prawda, nie był zadowolony z obcowania z kamieniami, ale powolutku dał sobie radę, nie po takich rzeczach chodził. Na obrazie z satelity widać zarejestrowane obie wersje trasy.
To sympatyczny szlak, na krótką wyprawę nawet z małym psem, z opcją ominięcia kamieni lub przeniesienia futrzaka na rękach. Którą wersję wybierze pies łatwo sie domyślić - na rękach oczywiście.
Chwila odpoczynku
 


poniedziałek, 25 maja 2015

BIEGIEM DO KUCHNI - Domowy baton energetyczny zdrowa przekąska nie tylko dla biegaczy


     Istotnym elementem każdego treningu czy startu w zawodach jest odżywianie. Jeff Galloway w swojej książce „Bieganie metodą Gallowaya” twierdzi, że stosując „cudowne” specyfiki nie poprawimy naszych wyników biegowych – najważniejszy jest trening. Na pewno tak, ale dopiero całość czyli: trening, odżywianie i przygotowanie mentalne daje nam końcowy efekt. O ile większość amatorów pamięta o tym, aby prawidłowo odżywiać się przed ważnymi zawodami to już w trakcie nawet intensywnych treningów, czy  w trakcie samych zawodów różnie to bywa. Zapomnienie o starej zasadzie, że „bez paliwa nigdzie się nie dojedzie”, skutkuje złym wynikiem, nie ukończeniem zawodów, a czasem nawet omdleniem. Oczywiście na trening czy zawody trwające krócej niż godzinę nie ma sensu brać ze sobą żeli, batonów energetycznych oraz całej cysterny wody czy napoju izotonicznego.
    Jednk przy biegach długich szczególnie górskich zapewnienie sobie zapasu „przekąsek” i wody jest niezmiernie ważne. Zazwyczaj w czasie takich zawodów mamy kilka tzw. punktów odżywczych jednak nie jest ich tak dużo jak np. na biegach ulicznych. Innym problemem jest fakt, że nawet gdy są one dobrze zaopatrzone to testowanie nowości w trakcie zawodów nie jest dobrym rozwiązaniem [choć każdy biegacz wie, że podstawowym atrybutem jest paczka chusteczek higienicznych lub kawałek papieru toaletowego – tak na wszelki wypadek ;-)]. 
     Zazwyczaj na zawodach stosuję tzw. żele energetyczne, które można kupić w każdym sklepie sportowym – szczególnie duży wybór jest w sklepach desygnowanych dla biegaczy. Zazwyczaj są one łatwe w użyciu, szybko uwalniają substancje odżywcze ale... Tych ale jest kilka pominę już ich cenę czyli około 8 do 10 zł za sztukę (powinno się je przyjmować 1 około 20 minut przed wysiłkiem, a kolejne co 60 minut) czyli trakcie maratonu w moim przypadku około 3 – 4 saszetek. Ja osobiście jestem w stanie zjeść 2 żele – przy kolejnym mój żołądek zaczyna swój protest. Kolejny problem to ich skład czyli ogromna ilość syntetycznych komponentów – na rynku co prawda pojawia się sporo żeli na bazie naturalnych składników – jednak jest ich jeszcze mało. Kolejna sprawa to smak i konsystencja - półpłynny kisiel bardzo słodki i mdły – ja osobiście muszę każdą porcję żelu popijać sporą ilością wody, aby to przełknąć. Jeżeli w trakcie długiego biegu systematycznie uzupełnia się płyny, co 60 minut dostarcza się żel, ostatni stały posiłek zjadło się 2 – 3 godziny przed startem – to w naszym żołądku mamy - tylko płyn.  Tu znów posłużę się Jeffem Gallowayem, który opisuje efekt „chlupania” w żołądku – zaleca aby przez najbliższe 30 minut nic nie pić. W trakcie biegania szczególnie w upał musimy systematycznie uzupełniać płyny (ważne kładziemy nacisk na systematyczne, czyli nie dopiero wtedy gdy czujemy, że się nam chce pić – bo wtedy nasz organizm zaczyna się już odwadniać). Jest na to rozwiązanie – baton energetyczny. Podobny skład jak żel tylko forma stała – oczywiście jest to rozwiązanie na trening czy start w zawodach długodystansowych, gdzie sekundy nie są aż tak ważne – przy gryzieniu takiej przekąski musimy jednak trochę zwolnić. I tutaj mamy też możliwość nabyć taki baton w sklepie sportowym lub zrobić go samemu. To na prawdę nic trudnego, a korzyści sporo. Taki baton jest przede wszystkim tańszy, a poza tym mamy pełną kontrolę nad jego składem. Kolejny bonus to satysfakcja z jego wykonania.
Popping z amarantusa

Słonecznik, sezam i płatki owsiane
Składniki (blacha o wymiarach 35 na 35 cm):
Ø  Ok. 200 g płatków owsianych (m.in. owies najwięcej białka ze wszystkich zbóż, najlepszy skład aminokwasowy, błonnik;
Ø  3 łyżki sezamu (m.in. bogate źródło wapnia, magnezu, wit. A, E oraz z grupy B, spora ilość białka, fitosterole, sezamol i sezamolina – przeciwutleniacze);
Ø  3 łyżki słonecznika (m.in. magnez, wita A, E, kwas foliowy oraz wit. B);
Ø  1 szklanka popingu z aramantusa (m.in. cenne źródło białka, żelazo, wapń, magnez, fosfor, potas, wit. z grupy B oraz A, C, E);
Ø  35 g wiórków kokosowych;
Ø  80 – 100 g masła;
Ø  4 łyżki miodu;
Ø  40 g brązowego cukru;
Ø  Dodatki – tutaj zupełna dowolność – u mnie były:
·         Suszone morele
·         Żurawina;
·         Kandyzowana papaja;
·         Suszone kiwi;
·         Orzechy włoskie ale lepsze są migdały (m.in. wit. A, E, błonnik, nienasycone kwasy tłuszczowe, wiele minerałów);
·         Jagody goji (m.in. 19 różnych aminokwasów w tym 8 egzogennych, 21 pierwiastków śladowych, wit. C – 50 razy więcej niż w cytrusach, wit. B1, B2, B6 oraz E);
·         Rodzynki.













    Sposób wykonania banalnie prosty. Wszystkie składniki, których rozmiar jest zbyt duży jak np. morele, migdały czy kiwi – siekamy na mniejsze kawałki.  Płatki  owsiane (następnym razem robię próbę 50 % owsianych, 50 % żytnich), sezam oraz słonecznik umieszczamy na blaszce i wsadzamy do piekarnika na jakieś 10 – 15 minut – tak aby się zrumieniły (ten etap można pominąć, ale takie są smaczniejsze i płatki nie pochłaniają zbyt dużo wilgoci). Masło, miód i cukier umieszczamy w rondelku i podgrzewamy, aż zaczną pojawiać się „bąbelki”. Teraz wszystkie składniki te z piekarnika oraz wszystkie suche dodatki wsypujemy do naszego „karmelu” i mieszamy dokładnie. Tutaj ważne w zależności od tego ile dodamy bakalii czasem naszego „lepiku” musi być więcej. Po wymieszaniu umieszczamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia – rozprowadzamy równomiernie na całej powierzchni (grubość około 1 cm) – ważne aby bardzo mocno dociskać naszą masę do blaszki (robimy to rękami moczonymi w zimnej wodzie). Pozostaje nam tylko umieścić blaszkę w piekarniku nagrzanym do około 180 0C – czas pieczenia nie jest znany ;-) musicie stać przy piekarniku i obserwować jak zaczyna się lekko rumienić należy wyjąć – trwa to zazwyczaj nie dłużej niż 8 – 10 minut. Po wyjęciu zostawiamy na blaszce do wystygnięcia – nie przejmować się, że będzie miękkie o nie stabilnej strukturze – gdy wystygnie będzie twardy i gotowy do przenoszenia nawet w kieszeni ;-).

Pamiętajcie – każdy nowy element „odżywczy” wprowadzany na zawody najpierw testujemy na treningu.

Smacznego!!!



·




piątek, 15 maja 2015

Z BUTA Leśny Bieg Pszczelim Szlakiem


Leśny Bieg Pszczelim Szlakiem

 

Postanowiłem, za własne pieniądze, zmęczyć się i mocno ubłocić. W związku z tym faktem, zapisałem się na II Leśny Bieg Pszczelim Szlakiem i 10 maja wziąłem udział w owej imprezie. Dystans to tylko 10 kilometrów, różnica wysokości niewielka.
Bieg odbył się w Kamiannej, około 17 kilometrów na północ od Krynicy.
Pogoda była fatalna, lało jak z cebra, ale za to temperatura odpowiednia do biegania czyli około 14 stopni. Błoto było głębokie i kleiste, tylko po przejściu do biura zawodów buty nadawały się do mycia.
Na pół godziny przed startem przestało, co prawda, padać ale to i tak nie miało już żadnego znaczenia. Dobrze, że miałem sympatycznego partnera do rozgrzewki.

 

Opłata startowa to tylko 20 złotych, a pakiet startowy bogaty. W tym roku otrzymaliśmy, oprócz materiałów promocyjnych Lasów Państwowych i Nadleśnictwa Nawojowa będących organizatorem biegu, firmowy kubek, słoiczek znakomitego miodu, płócienną siatkę z logo biegu oraz małą woskową świeczkę w kształcie wiewiórki. Mała rzecz, ale fajna. Wszystkim najbardziej podobał się właśnie ta wiewiórka, chyba dlatego, że czasem w każdym budzi się dziecko i cieszymy się przedmiotami właściwie bez konkretnej wartości.

O 11.30 ruszyliśmy stokiem narciarskim Kamianna-Ski pod górę. Na szczęście nie jest on stromy i nie sprawił żadnych kłopotów.
Na całej trasie warunki były podobne, czyli wszędzie …błoto. Miejscami prawie zdejmowało buty, mimo że miałem mocno zasznurowane. Trasa cały czas biegła przez las, zgodnie z nazwą biegu, tylko kawałeczek po asfalcie. Ten fragment wcale nie był łatwiejszy, mimo iż prowadził w dół. Bieżnik w butach zapchany błotem, asfalt mokry – chyba gorzej niż po błotku. Nie mniej ślisko a upadek bardziej bolesny i obarczony możliwością kontaktu z ratownictwem medycznym. Jednak o zwolnieniu nie było mowy, przecież to wyścig.
Udało mi się dobiec do mety bez wywrotki, choć przed samą metą na podbiegu i zakręcie zabuksowałem tak skutecznie, że przebierałem nogami stojąc w miejscu. Czym szybciej machałem nogami, tym bardziej rosła frustracja. Po kilku sekundach złapałem przyczepność i przekroczyłem linie mety. Najważniejsze, że nikt mnie nie wyprzedził i to kilkanaście metrów przed metą.

Było ślisko
Każdy kto ukończył zawody otrzymał medal, ale nie był to zwykły medal. W całości został odlany z prawdziwego pszczelego wosku. Ładnie wygląda, cudownie pachnie i w razie głodu można go zjeść – gdyby ktoś bardzo chciał, chociaż to chyba kiepski pomysł. Kamianna to przecież małopolska stolica miodu, stąd takie pszczele gadżety.

Mimo nieciekawej pogody impreza zorganizowana była wzorowo dzięki leśnikom z Nadleśnictwa Nawojowa i Polskiemu Związkowi Pszczelarskiemu. Okolica jest piękna choć aura nie dała nam możliwości podziwiania jej uroków.

Po powrocie do domu doprowadzenie butów do stanu używalności nie było łatwe, ale się udało i znów są ładne i czyste.

 
Moje ładne, nowe buty...